niedziela, 1 lutego 2015

Trąby powietrzne w XVIII wieku

Właściwie nie byłem pewien jak zatytułować tą notkę. "Trąby powietrzne w zapiskach dominikanina księdza Bagińskiego" byłoby zbyt szczegółowe a przecież o to właśnie chodzi. Ksiądz Wojciech Wincenty Kanty Bagiński pozostawił po sobie "Księgę dziejów" w formie luźnych rękopisów gromadzonych od 1747 roku gdy wstąpił do zakonu aż prawie do końca życia.[1] W tych zapiskach na poły kronikarsko a na poły literacko opisywał wydarzenia w ostatnich dekadach Rzeczpospolitej, sięgając do wspomnień i kronik o dawnych czasach, powtarzając zasłyszane anegdoty, streszczając przeczytane książki i okraszając to luźnymi przemyśleniami.

I w tym przebogatym zbiorze znalazły się też dwa opisy które zainteresowały mnie, domorosłego trąbologa. Pierwszy dotyczy zjawiska obserwowanego w Wilnie w roku 1776:


Na przedmieściach Vileńskich okropne zdarzyły się przypadki: dnia 25 maja w poniedziałek o godzinie H, przy obfitym deszczu powstał za Wilią na przeciw Antokola przy kościołku Ś. Teressy straszny wicher, który całą niemal dachówkę z kościoła do Wilii powrzucał, ze śpiehrza na dwa piętra wysokiego, wyższe piętro z krokwiami razem i dachem zrzucił, parkany poobalał, dranice z dachów pozrywane na góry za Willą poprzenosił, z wody na Wilii wysokie dwie kolumny uformował, i gdyby dłużej jeszcze potrwał, ostatnią miejscu temu przyniosłby ruinę. [2]
(...)
Willa czy Wilia to rzeczka przepływająca przez Wilno. Zatem opisuje on "wiatr" który zaczął wiać w konkretnym miejscu, zrywając dachówki i dachy i wrzucając je do rzeki a gdy przesunął się w tego miejsca (będąc najwyraźniej nadal skoncentrowanym w ograniczonym obszarze) poderwał wodę tworząc coś na kształt kolumn.
Jak na mój gust to opis trąby powietrznej na tyle słabej, że nie utworzyła lejka kondensacyjnego, i dlatego jedynym widocznym objawem były ograniczone do pewnego miejsca zniszczenia i słup wodnej kurzawy. Byłaby to zatem siła w granicach F0-F1.

Drugi opis który zwrócił moją uwagę jest bardziej szczegółowy, dotyczy zjawiska obserwowanego w Kownie w roku 1781:
V mieście Kownie, przy wypogodzonym niebie, dnia 9 lipca, słyszany na powietrzu straszliwy szelest, i z małego czarnego obłoku dym kręcący się w górę postrzeżony. Ten dym obrócił się w wielki kręcący się także wicher, mało bardzo miejsca w okręgu swem zajmujący, tak dalece, że go w blizkości zostający nie czuli. Obrócił się ten wichrowaty słup ku kępie na rzece Niemnie będącej i Wszystkie krzaki z korzeniem wyrwał, toż przechodząc przez tęż rzekę, wodę z niej na wiele sążni tak w górę
do siebie wciągnął, że Niemen rozdwojony i aż do dna wyczerpany na owem miejscu podówczas był widziany. I przechodził potem przez karczmę Szaniecką , i z części owej, gdzie żydzi mieszkali, dach cały na powietrze wysadził i słupy murowane zgruchotał. Drugą zaś część tejże karczmy, gdzie chrześcijaninie mieszkali, w całości zostawił. Dalej idąc wielkie drzewo z korzenia oderwał i na szmaty
pogruchotał. Dziewczynę niosącą pokarm i chłopca prowadzącego z ciężarem wóz, z tyłem tegoż wozu (zostawiwszy przód u konia) na powietrze wysoko porwał, a zaniosłszy o podal, bez żadnej ciężkiej obrazy na ziemię spuścił. Napadł naostatek we wsi Poniemuniu opółmili odległej na kupę leżącego drzewa, na której chłop spoczywał, porwał ją w górę i w wodę wrzucił, tak dotąd niesłychane widowisko, całe miasto zadziwiło. [2]
No. W tym przypadku chyba nie ma wątpliwości co do natury zjawiska; ów "dym kręcący się w górę" musiał być lejkiem kondensacyjnym. Siła trąby musiała osiągnąć F1-F2 skoro podnosiła ludzi i uszkodziła konstrukcję karczmy.

Z tego wieku mam jeszcze trzeci szczegółowy opis trąby, ze Szczerca pod Lwowem z roku 1775 jaki kiedyś już omawiałem. Odnośnie historii z granic obecnej Polski nie jest tak dobrze - podejrzane są opisy wichury z Koźmina Wielkiego z 1745 roku, gdzie wiatr porywał ludzi i przerzucał w powietrzu cegły, ale za mało mam szczegółów aby to potwierdzić. Mam też podejrzenia do "huraganu" z okolic Kielczy z roku 1777 ale też będzę musiał jeszcze poszukać.

W każdym bądź razie nawet w 18 wieku trąby  powietrzne w środkowej europie nie były nigdy nie widzianym fenomenem.

--------
[1]  http://www.kresy.pl/kresopedia,postacie?zobacz/wojciech-wincenty-kanty-baginski#
[2] Rękopism X. Bagińskiego, dominikanina prowincyi litewskiej (1747-1784) KPBC

niedziela, 25 stycznia 2015

O co plakacistom chodziło

Nie sądziłem że będę na tym blogu coś recenzował, ponieważ jednak z założenia tematycznie się tu nie ograniczam a te dwie rzeczy wpadły mi akurat w oko, to trudno.

Plakaty filmowe.
Każdy wie jak wyglądają plakaty filmowe - najważniejsze atuty filmu zgrupowane w jakąś ładną kompozycję, wybieraną zwykle spośród kilku popularnych szablonów. W założeniu jednak plakat ma przenosić pewną podstawową informację - odpowiadać na pytanie "Film? O czym?", ma sugerować jaki jest jego klimat i czego się po nim spodziewać. Jednak gdy zobaczyłem te dwa plakaty, wpadłem w konfuzję. Doskonale wiedziałem o co plakacistom chodziło, i cały problem polegał na tym, że akurat nie był to film.

Carte Blanche
Oparta na prawdziwym zdarzeniu historia nauczyciela z Lublina, który zaczyna tracić wzrok. Bojąc się utraty pracy zaczyna udawać że widzi i postanawia wytrwać w tym udawaniu do momentu, gdy prowadzona przez niego klasa dotrwa do matury. Krzepiąca opowieść o ambicjach i lękach, odniesienia do wizerunku nauczyciela-pasjonata, jakieś tam kwestie obyczajowe w tle. I taki film jest promowany przy pomocy plakatu, który sugeruje przypadkowemu przechodniowi, że jest to film o czymś całkiem innym:

To film o Chyrze!

Nie dość, że głównym elementem jest roześmiany Chyra, zupełnie jakby chodziło o jakąś komedię, to jeszcze na wszelki wypadek gdyby przechodzeń nie skojarzył twarzy usłużny plakacista podpowiedział nazwisko literkami na tablicy. I ta tablica z literkami jest jedynym elementem odwołującym się do fabuły (żenujące hasło reklamujące film o człowieku tracącym wzrok "Nie widzę inaczej!" pomijam). Nad tytułem mamy dodatkowo opis "prawdziwa historia niezwykłego człowieka" przez co osoba która nie słyszała wcześniej nic o filmie może autentycznie pomyśleć, że to film biograficzny o Chyrze.

Takie skupienie się na jednym elemencie budzi zresztą wątpliwość co do jakości filmu - jeśli uznano że nazwisko aktora jest jedynym elementem zasługującym na wyróżnienie, to co z resztą?
Przypomina mi się zresztą afera jaką wywołały plakaty filmu "12 lat w niewoli" opowiadającego o udrękach czarnoskórych zmuszanych do niewolnictwa, który to film był reklamowany we Włoszech w taki oto sposób:
alternatywnie:

Ponownie pokazując że pokazanie wielkiej gęby znanych i co ważniejsze białych aktorów zostało uznane za najważniejszy element promocji najwyraźniej fabułę opowiadająca o niewolnictwie czarnych uznając za sprawę drugorzędną.



400 tysięcy w Paryżu
W przypadku filmu Allena, przechodząc obok kina i spoglądając z odległości kilku metrów na ten plakat:
autentycznie sądziłem, że jego tytuł to "400 000". Gdybym nie podszedł, myślałbym pewnie że to film o aukcjach drogich obrazów. Rozsądny plakacista uwydatniłby raczej elementy "komedia romantyczna" i "Woody Allen", tymczasem najważniejszym elementem okazała się informacja o oglądalności.

ps.
Nie chciał bym wyjść na narzekacza, bo argument "Zrobił bym w lepsze w Paincie" jest taki właśnie typowo onetowo-bucowski, ale posługując się rzeczonym programem zmajstrowałem coś, co pokazuje jak wyobrażałbym sobie plakat pierwszego filmu:

niedziela, 28 grudnia 2014

Ktoś żartuje a ktoś kręci

Dawno już tu nie opisywałem naukowych wpadek portali, tymczasem na jednym z nich mi się nazbierało wątpliwych punktów.

Jak opisuje dziś portal Twoja Pogoda, po internecie krąży fałszywe ostrzeżenie NASA, przestrzegające przed efektem "grawitacyjnego wyrównania" i chwilowego zaniku grawitacji na Ziemi. Jak łatwo się domyśleć, jest to hoax mający tylko nakręcić klikalność. Wie zresztą o tym sam, portal, tytułując artykuł "4 stycznia na Ziemi zaniknie grawitacja? NASA ostrzega" zamiast "Zaniknie grawitacja? Kolejna mistyfikacja".

Zresztą, oddajmy głos TP. Najpierw informacja:

Tydzień ciemności, którego mieliśmy doświadczyć tuż przed świętami, skończył się fiaskiem, a już media społecznościowe obiegła kolejna mrożąca krew w żyłach wiadomość. Tym razem mamy utracić swoją naturalną wagę, a to za sprawą pewnego, nie do końca poznanego zjawiska.
Jest nim wzajemne oddziaływanie grawitacyjne Plutona i Jowisza. Oba ciała niebieskie wraz z Ziemią mają się znaleźć na jednej linii w dniu 4 stycznia 2015 roku o godzinie 18:47 czasu polskiego (9:47 rano czasu pacyficznego). Ma to ponoć doprowadzić do zaniku grawitacji i wytworzenia się tzw. mikrograwitacji, którą znamy chociażby z pokładu Stacji Kosmicznej.
Tak wieści wpis na Twitterze, który miała opublikować NASA. Oczywiście wpis okazał się być spreparowany, bo żadnej takiej wiadomości NASA nigdy nie zamieściła.(...) Nie wiadomo też dokładnie, jak miałby wyglądać owy fenomen. Według jednej wersji zaczęlibyśmy się, wraz z wszelkimi przedmiotami, unosić w powietrze, a według innych wersji, tylko "zrzucić" kilka kilo wagi. Oczywiście na pierwszy rzut oka brzmi to zabawnie. W rzeczywistości mikrograwitacja na Ziemi mogłaby doprowadzić do kataklizmu, bo np. budynki obracałyby się w ruinę, a ludzie unosiliby się nad ulicami, niczym baloniki wypełnione helem.
 Aha, znowu ktoś kogoś wkręca a setki internautów uwierzyło. Teraz jednak portal zaczyna demaskować historię, ujawniając ignorancję własną:
Skąd wzięła się ta ponura wizja? Otóż wymyślił ją rzekomy brytyjski astronom Patrick Moore. Jeśli rzeczywiście jest naukowcem, i w ogóle istnieje, to z pewnością wie, że siły grawitacyjne planet innych niż Ziemia, ze względu na odległość, nie mają na nas żadnego, ale to żadnego wpływu. Jakby tego było mało, to jeszcze 4 stycznia Pluton, Jowisz i Ziemia wcale nie znajdą się na jednej linii. Cała teoria trzęsie się tym samym w posadach.
Czego się tu czepiam? A no tego że wystarczy 15 sekund w Google aby sprawdzić, że Patrick Moore istnieje. I że cała historia to żart z długą brodą.

Sir Alfred Patrick Moore, lord Caldwell jest znaną postacią wśród brytyjskich popularyzatorów nauki. Nie miał formalnego wykształcenia astronomicznego, lecz interesując się tematem od dziecka, osiągnął w nim wielką biegłość. W 1953 napisał książkę o obserwacjach Księżyca, w późniejszym czasie napisał jeszcze wiele przewodników obserwacji, w tym znaną mi osobiście książkę "Niebo przez lornetkę", jednak jego największymi osiągnięciami były wykonywane wprawdzie amatorsko, lecz bardzo dokładne obserwacje.
Zbudował 12,5 calowy teleskop, i obserwował obszary księżyca położone teoretycznie po niewidocznej stronie, zauważalne czasami tylko dzięki libracji. Wśród nich znajdowało się Mare Orientale - ciemny basen uderzeniowy, widoczny jedynie jako cienka kreska na samej krawędzi w sprzyjąjących okolicznościach. W 1968 roku opisał  Przemijające Zjawiska Księżycowe - anomalie wyglądu księżyca polegające na pojawianiu się na nim jasnych punktów lub cieni, bądź krótkotrwałe zmiany barwy pewnych obszarów; w późniejszym czasie stworzył katalog takich obserwacji.

Od 1957 roku prowadził comiesięczny program telewizyjny o astronomii The Sky at Night, nadawany aż do roku 2013 w którym umarł. Tym samym stał się najdłużej pracującym prezenterem telewizyjnym w historii i postacią najbardziej kojarzoną z astronomią w Wielkiej Brytanii.
I dlatego też mógł sobie pozwolić na pewien astronomiczny żart.

Podczas primaaprilisowej audycji w radiu BBC w 1976 roku ogłosił, ze tego dnia w wyniku koniunkcji Jowisza i Plutona, o godzinie 9:49 na chwilkę osłabnie grawitacja. Wielu słuchaczy dzwoniło tego dnia do studia donosząc o zauważonym spadku wagi, czy nawet unoszeniu się w powietrzu, co bywa czasem przedstawiana na dowód tego, jak bardzo ludzi może ogłupić sugestia i media. W rzeczywistości żartobliwy charakter miała zarówno audycja jak i telefony od słuchaczy.

Jak łatwo jest wam teraz zauważyć, tegoroczny hoax to po prostu powtórzenie tamtego żartu. Moim zdaniem miał to być w zamierzeniu twórców dowcip wyśmiewający apokaliptycznych panikarzy (apokalipaników), zawsze skłonnych uwierzyć w katastrofalną wieść z internetu.
I tylko zastanawia, czemu Twoja Pogoda uważa Patricka Moore, za postać rzekomą, która zapewne nie istnieje, skoro można to łatwo sprawdzić? I czemu nie publikuje komentarzy, zwracających ich uwagę na tą drobną pomyłkę?

Na początku grudnia TP opublikowała artykuł o przebiegunowaniu ziemskich biegunów magnetycznych, które zgodnie z badaniami może nastąpić szybciej niż sądzono. Oprócz informacji o samych badaniach i odkryciach, mamy tam standardową medialną papkę o potencjalnych zagrożeniach, jak burze magnetyczne, zwiększone promieniowanie itd. :

Już niewielki ubytek w polu magnetycznym może sprawić, że wszelkie urządzenia z nim skalibrowane będą zakłócane, z czasem stając się zupełnie bezużyteczne. Człowiek, zwierzęta i rośliny zostaną wystawieni na działalność wiatru słonecznego i promieniowania rentgenowskiego.

Ptaki, używające pola magnetycznego do nawigacji, mogą nagle "zwariować". Magnetosfera jest dla nas jak ochronny klosz, bez którego znajdziemy się dla zabójczych sił działających w kosmosie, jak na przysłowiowym talerzu.
To oznacza powolną degradację wszelkich form życia. Skutki będą odczuwalne również na orbicie, gdzie na wyrzuty materii ze Słońca będą narażone satelity.
No dobrze, możne przesadzają ze straszeniem i katastrofami, ale te rzeczy teoretycznie są możliwe. A na końcu portal strzela takiego babola:

Nie wiadomo też jak pole magnetyczne wpływa na nachylenie osi obrotu Ziemi i czy zamiana biegunów np. nie spowoduje zmiany kierunku obrotu naszej planety wokół własnej osi lub jej "przewrócenia się". Skutki tego byłyby opłakane. Podobne zjawisko mogło mieć miejsce na Wenus, która wiruje w przeciwnym kierunku niż Ziemia.
U sąsiadujących z Ziemią planet proces zmiany pola magnetycznego był bardzo gwałtowny. Na przykład na Marsie mógł zakończyć proces tworzenia się prymitywnego życia, co miało miejsce 4 miliardy lat temu.

I w tym momencie nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać.

 Położenie ziemskich biegunów magnetycznych nie ma zupełnie związku z nachyleniem osi ziemskiej, ani z kierunkiem obrotu planety. Bieguny wędrowały sobie przez setki lat z dużą dowolnością:

A Słońce przeżywa przebiegunowanie co 11 lat a ani się nie przekręca ani nie odwraca wirowania. Mars nie ma pola magnetycznego, i nie jest to wynik jakiejś strasznej katastrofy - jest o połowę mniejszy od Ziemi i jego wnętrze w znacznym stopniu ostygło. Materiał jądra jest tylko częściowo płynny, a słaba konwekcja nie wystarcza do stworzenia pola magnetycznego. Żadnej nagłej katastrofy związanej z przebiegunowaniem nie było.
Podobnie jest z Wenus - nieco inny skład jej wnętrza z większą ilością ciężkich pierwiastków powoduje, że konwekcja we wnętrzu jest słaba, a pole magnetyczne nie występuje. Tym samym nie było biegunów których nagłe przebiegunowanie miało rzekomo przekręcić  planetę.

Powtarzając te bzdury za Patrickiem Gerylem, który opisał je w swej książce o katastrofie w roku 2012, redakcja naukowa TP strzela sobie w kolano. Niestety  komentarze zwracające na to uwagę, nie są publikowane.

środa, 17 grudnia 2014

1929 - Morderstwo rodziny w Pieruszycach

Historia straszna i smutna:
STRASZNE MORDERSTWO. W nocy z I-go na 2-go bm. w Pieruszycach pow. Pleszewskiego 25-letni Czesław Konieczny zamordował podczas snu siekierą matkę swoją Mariannę, lat 49, oraz braci 22-letniego Michała, 26-letniego Jana, 15-letniego Stefana, siostrę Marję lat 18 i Leokadję lat 7, - ponadto zranił ciężko brata Stanisława lat 20, który zmarł w szpitalu.

Sprawcę ujęto i osadzono w areszcie sądowym. Jak ustalono dotychczas, powodem morderstwa były nieporozumienia rodzinne, a mianowicie: rodzina nie zgadzała się na zawarcie związku małżeńskiego.
Nie okazujący skruchy morderca, zaskoczony nagłem przytrzymaniem przez psa policyjnego, przyznał się do zbrodni. Z niezwykłym cynizmem opisał on szczegółowo poszczególne momenty mordu a wkrótce przy poszukiwaniu narzędzia zbrodni znaleziono pokrwawioną siekierę, ukrytą przez mordercę w głębokiej
studni.
Zwłoki zamordowanych zmasakrowane są w sposób potworny. Starsza siostra ma odcięte ramię i poranioną głowę. Inne ofiary miały czaszki i gardła przerąbane silnemi uderzeniami siekierą.
W poniedziałek przeprowadzono na miejscu wizję lokalną sądowo-lekarską. Z władz byli obecni sędzia Cieluch i sędzia Niedzielski z Pleszewa, sędzia Ostrowski z Ostrowa, dwóch podprokuratorów oraz lekarz dr. Michalski.
[Orędownik Wrzesiński 6 grudnia 1929]
Mordercę skazano na śmierć. Wyrok wykonano w lipcu 1930 roku.

piątek, 5 grudnia 2014

Kolejne próby z balansowaniem kamieni

Jak to już opisywałem, bawię się czasem a układanie kamieni. Ostatnio w chłody raczej nie robię tego na dworze, ale w domu, w mniejszej skali bardzo chętnie:













Każdy z nich w końcu się rozsypuje, ale dopóki trwa, dopóty jest ciekawie.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Plaga plagiatów

Ach te plagiaty. Wrzód na obliczu literatury.

Zaczęło się parę dni temu od historii plagiatu z bloga, ale gdy zacząłem grzebać w temacie, byłem zaskoczony jak wiele podobnych spraw miało ostatnio miejsce.

Wojenka z Belloną
Na początek wpis z bloga Akrylove zapiski Leithy, gdzie autorka opisuje swoją batalię z wydawnictwem Bellona, które wydało w zeszłym roku książkę Yakuza: Bliźniacza krew (Romaniuk Agata)
Otóż jak się okazuje, powieść Agaty Romaniuk jest plagiatem z bloga "Niko Sasuke", prowadzonego przez kilka lat przez Leithę. Plagiatem bardzo bezczelnym, bo polegającym na zmianie drobnych szczegółów i nawiązań do mangi, z dopisaniem własnego zakończenia, którego opowiadanie kontynuowane na blogu od siedmiu lat nie ma. [1]
Leitha opisuje sprawę sądową toczącą się z oskarżenia publicznego, zakończoną ostatecznie potwierdzeniem zarzutu naruszenia praw autorskich ale też odstąpieniem od ukarania sprawczyni, ze względu na jej niepełnoletność. Samo wydawnictwo tłumaczyło blogerce, że nie mogli sprawdzić autentyczności książki, bo wydają 300 książek rocznie i nie mają na to czasu.

Sprawa więc na razie wygląda tak, że prawowitej autorce pozostaje wytoczyć sprawę z oskarżenia cywilnego, na którą jednak nie ma pieniędzy.
Wydawnictwo Bellona już w zeszłym roku opublikowało trójzdaniowe przeprosiny, bardzo niepozorne i trudne do odnalezienia, zarazem nie poczuwając się do żadnych innych działań - sprawa się toczyła i skończyła się potwierdzeniem plagiatu, a książka nadal była dostępna w księgarni wydawnictwa.
Po wpisie Leithy czytelnicy bloga starali się rozpropagować informację o plagiacie gdzie się da - w miejscach gdzie wcześniej recenzowano książkę, na wykopie, na profilach facebookowych grup czytelniczych i wreszcie w listach i komentarzach wysyłanych do wydawnictwa. Przyniosło to wreszcie skutek - kilka dni temu Bellona opublikowała na swoim profilu przeprosiny, przy okazji przypominając o tamtych zeszłorocznych przeprosinach (jakby to załatwiało sprawę), oraz wycofując książkę ze swojej księgarni internetowej. [2]

Propozycji czy zamierzają z tą sprawą zrobić coś więcej, na razie brak.

Życie elit wydawniczych
Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsza taka sprawa w Bellonie - w 2012 roku okazało się że książka Pojedynki w Polsce (Golec Michał) jest plagiatem klasycznej pozycji Pojedynki (Szyndler Bartłomiej). Gdy zaskoczony odkryciem historyk wysłał list w tej sprawie do wydawnictwa, Bellona odpisała że... wydają co roku 300 książek i nie mają czasu sprawdzać oryginalności.

Z kolei w 2011 roku plagiatem okazała się książka Bellony Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej (Koper Sławomir) kopiująca tekst i ilustracje z książki Magdalena, córka Kossaka: Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec .[3]
Obie te sprawy skończyły się przeprosinami i ugodą sądową. [4] Choć zarazem obie są jeszcze dostępne w księgarni wydawnictwa.

Ciekawe co by było gdyby czytelnicy zaczęli pomagać Bellonie i sprawdzać, czy przypadkiem tych plagiatów nie jest w tym wydawnictwie więcej? Skoro w ogóle tego nie sprawdzają bo za dużo wydają, można mieć podejrzenia że że zdarzają się wydawnictwu przynajmniej kilka rocznie.

Kabaret w ciemności
Jednak zbyt daleko idące zapożyczenia zdarzają się też w tekstach publicystycznych. Jeden z takich przypadków ostatnio prześledziłem.

Po ukazaniu się nie tak dawno książki Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce (Kałużyński Wojciech) autorka bloga Zwierz Popkulturalny, opublikowała artykuł w którym zauważa podejrzane podobieństwo treści rzeczonego opracowania, do znanej pozycji Historia kina polskiego (Lubelski Tadeusz). W zasadzie, w jej opinii, książka Kałużyńskiego to w większości streszczenie książki Lubelskiego. Wprawdzie książka ta jest wymieniona wśród źródeł, lecz porównując obie, blogerka stwierdziła że Kałużyński w zasadzie tylko parafrazował poprzednika, liczne zdania pozostawiając w niezmienionej postaci.

" Kałużyński stosuje ciekawą metodę – od Lubleskiego pożyczył właściwie wszystko. Strukturę narracji (kolejne akapity książki odpowiadają kolejnym rozdziałom czy podrozdziałom książki Lubelskiego), dobór cytatów (które co ciekawe niekiedy streszcza własnymi słowami), dobór przykładów, oraz całe poszczególne zdania. Nie waha się przytaczać tych samych anegdot, tych samych wypowiedzi. W tej samej kolejności. Oczywiście niekiedy zdania są poddawane pewnym modyfikacjom, czasem Kałużyński opuszcza całe ustępy pracy Lubelskiego (wszak to bryk!), niekiedy zaś bawi się w specyficzny głuchy telefon, przytaczając bez przypisu coś co wcześniej Lubelski przytoczył w przypisie. W ten sposób potraktowany został np. cytat z badaczki Małgorzaty Henrykowskiej.
Chciałabym napisać coś błyskotliwego o tym plagiacie ale nie mogę. Bo to też najmniej błyskotliwy plagiat jaki widziałam. Co więcej jestem przekonana, że nie tylko z książki Tadeusza Lubleskiego. Skąd to wiem? Ponieważ na to że coś z książką jest nie tak natknęłam się znajdując u Kałużyńskiego dokładnie takie samo zdanie jak w książce Stanisława Kopra – tylko że nie w dziale poświęconym kinematografii a teatrom dwudziestolecia. Nie badałam jednak sprawy dalej ponieważ nie jestem w posiadaniu książki źródłowej (nie oskarżam Kopra o plagiat ale mniemam że on też korzystał z jakiegoś opracowania)." [5]

Tak wyrażone zarzuty nie robiłyby żadnego wrażenia, gdyby nie podane przykłady:

* „ Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego, wyświetlanej właśnie w Galicji – udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu, rekomendowanemu przez słynnego aktora Józefa Kotarbińskiego” (Lubelski s. 36)

* „Pod koniec 1913 roku Henryk Sienkiewicz – zachęcony ponoć powodzeniem monumentalnej włoskiej adaptacji Quo Vadis? Enrica Gauzzoniego– udzielił zgodny na sfilmowanie Trylogii początkującemu reżyserowi teatralnemu Edwardowi Puchalskiemu” (Kałużyński s. 22)

albo też:

* „Zanim w 1917 roku wyjechała na stałe za granicę, gdzie w Niemczech, a następnie w Stanach Zjednoczonych zdobyła status wielkiej gwiazdy kina niemego, wystąpiła w ośmiu filmach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała jeden typ: kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłów (1914) Jana Pawłowskiego , będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917), jedynym ocalałym filmie z jej udziałem z tego okresu – ginęła w finale, mordowana przez zazdrosnego apasza, dawnego kochanka, w Żonie (1915) sama po zdradzie męża odbierała sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską część kariery Poli Negrii” (Lubelski s. 37/38)

* „ Zanim w 1917 roku wyjechała z Polski, by święcić triumfy w Niemczech a później w Hollywood, wystąpiła w ośmiu obrazach wytwórni Sfinks, z którą w styczniu 1916 podpisała dwuletni kontrakt. W filmach tych powtarzała typ kobiety fatalnej, rujnującej szczęście zakochanych w niej mężczyzn. W Niewolnicy Zmysłow (1914) Jana Pawłowskiego, będącej jej filmowym debiutem, a także w Bestii (1917) ginie w finale, mordowana przez zazdrosnych kochanków. W Żonie (1915) po zdradzie męża odbiera sobie życie. Podobny schemat powracał w filmach z serii Tajemnice Warszawy (1917), kończących polską karierę Poli Negi” (Kałużyński s. 26)
Czy to możliwe że znany autor popełnił taką wtopę? (a wydawnictwo PWN nie zauważyło ?) Cóż. Z tego co wiem to nie jedyny taki zarzut w jego karierze.

 Bloger ukrywający się pod pseudonimem Ebenezer Rojt od kilku lat prowadzi bloga Kompromitacje, skupiającego się na błędach i pomyłkach ludzi pióra. W kolejnych artykułach zagłębia się w takie rzeczy, jak cytowane przez Trumana Capote powiedzenie Matki Teresy z Kalkuty, który w rzeczywistości nie padło z jej ust, czy śledzenie przekłamań cytatów z Miłosza w demaskatorskich artykułach Łysiaka.
W niedawnym wpisie opisuje jak czytając książkę Pół życia w ciemności: Biografia Zygmunta Kałużyńskiego (Kałużyński Wojciech) zauważył w jednym z rozdziałów zaskakujące podobieństwo do artykułu, jaki sam opublikował dwa lata temu.
W zasadzie wyglądało to tak, iż w części na temat książki Zygmunta Kałużyńskiego "Podróż na zachód" drugi Kałużyński, bo Wojciech, skopiował od blogera wszystkie uwagi na temat błędów i przekłamań w opisach filmów, oczywiście nie zaznaczając tego w żaden sposób.

" A tak znów muszę powtórzyć, że Wojciech Kałużyński zerżnął ode mnie zarówno moją dość pracochłonną analizę książek Tyrmanda i Blesha, jak i płynący z niej wniosek oraz przypisy. Ale też znów miał pecha ze swoją "inwencją", bo rozbijając kradziony cytat z książki Mariusza Urbanka (której pewnie nie widział na oczy) pierwszą część tego cytatu na wyczucie przypisał do strony 160, a drugą do strony 161. No i tu się przejechał, bo pierwsza część cytatu z Urbanka w rzeczywistości też ciągnie się aż do strony 161.
To wprawdzie drobiazg, ale ponieważ takich drobiazgów jest w tej książce znacznie więcej, ma ona pod względem faktograficznym wartość pospiesznie skleconej na kolanie chałtury. " [6]

Szukając w internecie komentarzy do sprawy, natknąłem się jeszcze na informację o artykule Kałużyńskiego "Homo eroticus na miarę czasów", który ukazał się w Przekroju w lutym 2012. W maju redakcja Przekroju wydała przeprosiny, w związku z zauważonymi w tym artykule daleko posuniętymi zapożyczeniami z artykułu Anny Tatarskiej, jaki ukarał się na wp.pl w grudniu poprzedniego roku.
[7]
Więc tak to jest z tym poważnym krytykiem filmowym.

Pokusińska
Innym takim znanym przykładem jest zamieszanie wokół książki podróżniczej Georgialiki: Książka pakosińsko-gruzińska (Pakosińska Katarzyna), co do której wyszło na jaw iż zawiera rozległe i wielokrotne zapożyczenia tekstu z bloga Oblicza Gruzji, z artykułów na Wikipedii, czy artykułów na Przeglądzie Prawosławnym, obejmujące skopiowanie bez zmian całych stron.[8] Ostatnia informacja od Paskala pochodzi z lutego, iż stwierdzili naruszenia i teraz badają tą sprawę.


Od paru lat Wroński publikuje w Przeglądzie Akademickim artykuły o plagiatach w tekstach naukowych. Mam wrażenie że przydałoby się miejsce gdzie mogłyby być publikowane informacje o plagiatach literackich. A wygląda na to, że wraz z upowszechnieniem samowydawniczości może takich spraw zachodzić coraz więcej.

-----------
[1] http://akrylove.blogspot.com/2014/10/breakin-law.html
[2] https://www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona?hc_location=timeline
[3] https://forumakademickie.pl/fa/2012/04/napisane-bez-honoru/
[4] https://forumakademickie.pl/fa/2013/03/moralny-upadek-recenzenta/
[5] http://zpopk.pl/jedna-ksiazka-w-cenie-dwoch-czyli-zwierz-na-tropie-plagiatu.html#ixzz3JuopXiQ7
[6] http://kompromitacje.blogspot.com/2014/05/kaluzynski-plagiatuje-rojta.html
[7] http://sweet-rush.tumblr.com/post/23441791616/veni-vidi-vici-vol-1-absolutna-powaga
[8] http://natemat.pl/88849,co-druga-strona-w-ksiazce-katarzyny-pakosinskiej-zawiera-splagiatowane-fragmenty-podroznik-na-wojnie-z-wydawnictwem

wtorek, 18 listopada 2014

Gorączka krwotoczna w Polsce

Panikarskie doniesienia medialne wywołują w nas ostatnio coraz większy niepokój. Czy groźna, egzotyczna choroba dotrze do kraju? Czy będzie się szerzyć? Niepewnych sytuacji można uspokoić, że komunikacja naszego kraju z Afryką jest bardzo mała, a odmienny od afrykańskiego nawyk higieniczny nie sprzyja roznoszeniu choroby w naszych warunkach, zwłaszcza w sezonie chłodnym, gdy ludzie ubierają się szczelnie i noszą rękawiczki.
Natomiast gorączka krwotoczna w Polsce już jest obecna, tylko inna...

Wypadałoby objaśnić na sam początek, że nie ma takiej choroby jak "gorączka krwotoczna". Jest to mniej więcej taki sam nieścisły termin jak "sepsa" dotyczy bowiem zespołu objawów będących szczególną formą choroby, nie jest natomiast chorobą osobną. Nie można zarazić się sepsą, ani zaszczepić się na nią - można natomiast zaszczepić się na bakterie które w szczególnym przypadku w ciężkiej formie infekcji mogą wywołać sepsę.
Gorączka krwotoczna jest szczególną, ciężką formą infekcji wirusowej, w której następuje wzmożona przepuszczalność naczyń krwionośnych oraz zaburzenia krzepliwości, a więc bądź jej obniżenie bądź pojawienie się skrzepów w wielu miejscach. Objawem tego są martwice, krwawienia wewnętrzne i wybroczyny skórne, czasem także krwawienia zewnętrzne z naturalnych otworów ciała. Niektóre wirusy wywołują objawy dotyczące pewnych organów, jak płucny zespół krwotoczny, gdzie następuje obrzęk płuc, bądź nerkowy zespół krwotoczny, gdzie następuje uszkodzenie nerek.

Istnieje kilka grup wirusów wywołujących gorączki krwotoczne. Flawiwirusy to dość rozpowszechniona grupa wirusów, przenoszonych przez owady. Najbardziej znany i najczęściej występujący wirus z tej rodziny, mogący wywoływać gorączkę krwotoczną, jest wirus żółtej febry roznoszony przez owady. Objawy krwotoczne występują u 15% zakażonych i obejmują krwawe wymioty. Innym wirusem z tej grupy jest Gorączka Zachodniego Nilu wywołująca zapalenie mózgu, choć tutaj zespól krwotoczny jest raczej rzadki. Bardzo groźna jest też Denga, choć i tam zespól krwotoczny jest rzadki, częściej występując u ludzi zakażonych powtórnie innym szczepem; co roku zabija około 25 tysięcy ludzi na całym świecie. Na Syberii występuje jeszcze Omska gorączka krwotoczna, przenoszona przez nornice, ze śmiertelnością około 5-10%.

Filowirusy to mała, ale wyjątkowo groźna grupa, do której należą wirusy Ebola i Marburg. Ich rezerwuarem są prawdopodobnie małpy i owocożerne nietoperze, zaś większość epidemii miała swój początek od kontaktu z tymi zwierzętami. Ebola wydaje się być endemiczna dla środkowej Afryki, gdzie została po raz pierwszy wykryta i gdzie w ciągu ostatnich czterdziestu lat wywołała kilkanaście małych epidemii. Obecna, rozprzestrzeniająca się na ościenne kraje, jest wyraźnym znakiem, że nie docenialiśmy potencjału tej choroby. Wirus Marburg natomiast po raz pierwszy został wykryty w Europie, gdzie zawleczono go z małpami, rodzimie występuje natomiast w środkowej Afryce.

Rodzina Hantawirusów to obszerna grupa podobnych wirusów roznoszonych przez zwierzęta. Pierwszy raz wykryto je w Południowej Korei, badając przyczynę zachorowań wśród żołnierzy biorących udział w wojnie koreańskiej. Ponad trzy tysiące żołnierzy doznało nagłej gorączki, uogólnionego szoku i krwotocznego zespołu nerkowego. 10% z nich umarło. W 1976 roku udało się zidentyfikować jako winowajcę wirusa żyjącego zwykle w płucach myszy nornicy. Został nazwany hantawirusem od nazwy rzeki Hantan, w którym stwierdzono jego występowanie. Szybko zaczęto kojarzyć szereg podobnych chorób.

Hantawirusy żyją najczęściej w drobnych gryzoniach, jak nornice, myszy, szczuty czy wiewiórki. Zakażenie odbywa się najczęściej przez kontakt z odchodami, czy to świeżymi, czy też z pyłem zawierającym cząstki wysuszonych odchodów, dlatego zachorowania mogą pojawić się na przykład w wyniku zamiatania kurzu w budynku niedaleko lasu. Większość z nich nie jest szczególnie groźna - dużą śmiertelność rzędu 20% wywoływał wirus gorączki koreańskiej, czyli wspomniany wirus Hanta. Groźny był także wykryty w Stanach Zjednoczonych wirus Sin Nombre, który w 1993 roku wywołał małą epidemię w rezerwacie Indian Navajo, powodując obrzęk płuc. Początkowo śmiertelność szacowano na 50%, ale przesiewowe badania pozwalające wykryć zachorowania bezobjawowe zmniejszyły ją do 35%.
Może być pewnym zaskoczeniem informacja, że trzeci najgroźniejszy gatunek hantawirusa występuje w Europie - to tak zwany wirus Dobrava wyizolowany po raz pierwszy z myszy na Słowacji, sporadycznie pojawiający się na Bałkanach. Występuje rzadko, ale ma śmiertelność dochodzącą do 12%.

Cały szereg hantawirusów występuje na Syberii, przykładem wirusy Amur, Chabrowsk, wiele innych pojawia się w środkowej Azji, pojedyncze w Ameryce Pólnocnej i Południowej, jeden w Afryce.
W Europie występuje kilka rodzimych wirusów mogących wywołać groźne objawy. Oprócz wymienionego rzadkiego wirusa Dobrava, na uwagę zasługuje wykryty w Finlandii wirus Puumala.  Jego rezerwuarem jest nornica ruda. Najczęściej występuje w Skandynawii, częściowo w krajach bałtyckich a także w europie środkowej. Większość zachorowań przebiega bezobjawowo, czasem przypominają tylko zwykłą grypę. U części chorych wywołują jednak uszkodzenie nerek i krwawienia o dużym nasileniu, co w około 0,5% przypadków może kończyć się śmiercią. Tego typu nefropatie zakaźne wywołuje też wirus Saaremaa, po raz pierwszy wykryty na Słowacji, który wywołał zachorowania w Finlandii. W jego przypadku ryzyko śmierci z powodu gorączki krwotocznej to 0,1%.

Pojedyncze zachorowania wywoływane tymi dwoma wirusami notowano w całej Europie z wyjątkiem Polski, co przypisywano raczej słabej diagnostyce niż nieobecności czynnika chorobowego. W ostatnich latach to pierwsze przypuszczenie okazało się trafne.
W maju 2004 do szpitala trafia 40-letnia kobieta z małej wsi na Podkarpaciu, z wysoką gorączką, białkmoczem i krwiomoczem, oraz niewydolnością nerek. Zakażenie bakteryjne bądź uszkodzenie mechaniczne zostało wykluczone. Ponieważ z wywiadu wynikało, że niedługo przed zachorowaniem sprzątała stodołę, stojącą niedaleko lasu, zaś jej mąż potwierdził że często w stodole pojawiała się nornica ruda, wykonano badanie na obecność przeciwciał przeciw wirusowi Puumala, które dało wynik dodatni. Był to pierwszy wykryty przypadek zachorowania wywołanego tym czynnikiem, zwracającym uwagę, iż powinno się brać go pod uwagę w diagnostyce. W kolejnych latach choć zdarzyło się kilka podejrzanych przypadków, badań serologicznych nie wykonywano.

Następne zachorowania nastąpiły w 2007 roku i przybrały postać małej epidemii. Pierwszy przypadek miał miejsce wiosną w powiecie Dębickim, kolejnych 12 zdarzyło się w powiecie sanockim między wrześniem a grudniem, pojedyncze w sąsiednich powiatach, łącznie 19 przypadków. Wszystkie te osoby miały kontakt z kurzem i pyłem mogącym zawierać odchody nornicy rudej - u jednych wiązało się to z zamiataniem budynków gospodarczych, u innych ze zbieraniem chrustu. Dokładne badania wskazały że część przypadków dotyczyła wirusa Puumala, a część z wirusa Dobrava, przy czym zachorowania na ten drugi miały cięższy przebieg. U wszystkich tych osób po grypopodobnej fazie z wysoką gorączką, pojawiał się białkomocz i krwiomocz, niewydolność nerek u niektórych wymagająca dializowania, u jednej osoby niewydolność stała się przewlekła. Stan chorych oceniono jako ciężki lub poważny, tylko u kilku jako lekki. Ostatecznie jednak nie zanotowano żadnego zgonu.
W następnych latach zdarzało się po kilka zachorowań, znów na Podkarpaciu, będącym najwyraźniej obszarem endemicznym, zaś dla badaczy jasne stało się, że tamta epidemia nie była nagłym wzrostem zachorowań - po prostu od 2007 roku w przypadkach niewydolności nerek o nieznanej etiologii, zaczęto badać także przeciwciała przeciw-hantawirusowe, i stąd zaczęliśmy wiedzieć o tym, że zachorowania zachodzą.[1]

Ponieważ większość zachorowań na wymienione wirusy przebiega łagodnie lub bezobjawowo, albo z objawami przypominającymi grypę, prawdopodobne wydawało się, że zakażenie przeszło nieświadomie znacznie więcej osób, zaczęto zatem wykonywać przesiewowe badania u osób szczególnie narażonych, a więc u pracowników leśnych, osób pracujących z drobnymi gryzoniami i u osób mających podobne objawy ale dotychczas nie diagnozowanych.
W jednym z takich badań po zbadaniu w latach 2007-2009 94 osób bądź mających objawy podobne do zakaźnej nefropatii, bądź osób z ich otoczenia, bądź osób które miały podejrzane zachorowania w okresie gdy nie badano tego wirusa, wykryto przeciwciała u 21 osób [1]
W innym badaniu po spośród grupy 76 zoologów pracujących z drobnymi gryzoniami, przeciwciała znaleziono u 15. [2]
W kolejnym wykorzystano próbki surowicy oddawane przez leśników w ramach badań na boreliozę, wykrywając przeciwciała u 3 z Roztocza i u jednego z nadleśnictwa Puławy, pokazując że wirusy występują też bardziej na północ. [3]
Najnowszą sprawą było wykrycie w 2013 roku wirusa Puumala u nornic badanych w Instytucie Nauk o Środowisku w UJ w Krakowie. Przeciwciała świadczące o bezobjawowym przybyciu zakażenia wykryto u kilkunastu pracowników, u dwóch pojawiły się lekkie objawy grypopodobne. [4]

Zatem można z całą pewnością stwierdzić, że wirusy mogące wywołać zespół krwotoczny, występują w Polsce. Mała ilość badań nie pozwala dokładnie ocenić częstości występowania, ale zdają się koncentrować na Podkarpaciu. Ponieważ dopiero od niedawna badana jest ich obecność, bardzo możliwe że w przeszłości nastąpiło wiele zachorowań u leśników bądź rolników mających swe domy w pobliżu lasów, ale nie zostały rozpoznane jako wirusowe i pozostały "nefropatią o nieustalonych przyczynach". Może nawet kiedyś nastąpił z tego powodu zgon.
Hantawirusy Puumala i Dobrava na szczęście nie są przenoszone z człowieka na człowieka, nie mają więc potencjału rozprzestrzeniania się. Zachorowania występują głównie u osób narażonych na kontakt z gryzoniami lub ich odchodami, stanowią więc w pewnym stopniu ryzyko zawodowe.
-----------
* http://en.wikipedia.org/wiki/Viral_hemorrhagic_fever
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hantavirus
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hantavirus_hemorrhagic_fever_with_renal_syndrome
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hantaan_River_virus
 
[1] Praca zbiorowa, Środowiskowe i epidemiologiczne uwarunkowania infekcji hantawirusowej (Gorączki krwotocznej z zespołem nerkowym – HFRS) w województwie podkarpackim – pierwszej w Polsce epidemii 2007–2008 roku – oraz zachorowań endemicznych, PMUR, Rzeszów 2009, 2
[2] M. Sadkowska-Todys, w. Gut et al.,  Ocena problemu występowania zakaże u ludzi hantawirusami na terenie Polski, ze szczególnym uwzględnieniem wirusa Puumula,  Przegl Epidemiol. 2007; 61: 497 - 503
[3] J.P. Knap et al.,Obecność przeciwciał anty-hantawirusowych u leśników Roztoczańskiego Parku narodowego i nadleśnictwa Puławy (makroregion lubelski). Doniesienie wstępne., Medycyna Ogólna, 2010, 16, (XLV), 2
[4] http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/3231476,grozny-wirus-w-laboratorium-na-kampusie-uj,id,t.html?cookie=1