Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lutego 2017

Czy można gotować wodę drugi raz?

Kilka dni temu na portalu ABC Zdrowie pojawił się intrygujący artykuł na temat gotowania wody[1].
Jak tłumaczy autorka, nawyk aby nie wylewać nie zużytej wody po zagotowaniu czajnika tylko później podgrzewać drugi raz jest szkodliwy, bo minerały w wodzie stają się toksyczne, oraz wówczas wydzielają się (z nikąd) groźne substancje, arsen, azotany i fluorki. Artykuł jest bałamutnym i głupim straszeniem odwołującym się do codziennych czynności, ma odkryć przed czytelnikiem niesamowitą prawdę na temat śmiertelnie groźnego błędu popełnianego podczas robienia herbaty. Robi to jednak tak źle i naiwnie, że w komentarzach pod artykułem nie znalazłem pozytywnych opinii wskazujących, że czytelnicy się nabrali.

Już wtedy myślałem o tym, aby napisać tutaj coś na temat jakości artykułów w popularnych portalach, tym bardziej, że autorka wedle notki biograficznej należy do stowarzyszenia Dziennikarze dla Zdrowia i dostała nagrodę w konkursie Dziennikarz Medyczny Roku 2016, więc może robić za ekspertkę. Jednak gdy przeczytałem, że to z wykształcenia absolwentka filologii polskiej i "fascynatka zdrowego trybu życia" tknęło mnie, że chyba kiedyś o niej pisałem.
Tak - to ta sama Ewa Rycerz której artykuł o "krótkotłuszczowych kwasach łańcuchowych" omawiałem jesienią. Który to nie dość, że zawierał podobnego rzędu bzdury i przekręcenia, to dwa akapity okazały się zawierać nadmierną inspirację (plagiat) z innego artykułu internetowego.

Źródło pierwsze - Czajnikowy
Czy podobnie mogło być w tym przypadku? Skopiowałem ostatni akapit, wrzuciłem w wyszukiwarkę i trafiłem idealnie - około połowy tekstu to przeformułowany artykuł ze znanego portalu Czajnikowy.pl [2]. Artykuł z zeszłego roku napisany przez Rafała Przybyloka też skupia się na podwójnym gotowaniu wody i wymienia kilka argumentów przeciwko. Wykorzystane przez Rycerz fragmenty to głownie końcówka i niektóre zdania z punktów wymieniających argumenty. Zostały nieco przeformułowane, na przykład dwa zdania połączono w jedno, albo zamieniono słowo na wyraz bliskoznaczny, ale podobieństwo, argumenty i kolejność pozostały zachowane:
ABC Zdrowie:
"Przegotowana woda jest pozbawiona dużej ilości tlenu, a co za tym idzie – staje się doskonałym środowiskiem do rozwoju różnych bakterii beztlenowych. Jak przekonują specjaliści, już po jednym dniu od zagotowania, nie powinniśmy pić wody, która ostygła w otwartym naczyniu. Powód? Mogły się w niej już rozwinąć kolonie bakterii."

Czajnikowy.pl:
 "Woda przegotowana pozbawiona jest dużej części tlenu. Oznacza to, że staje się świetnym środowiskiem dla rozwoju różnego rodzaju bakterii beztlenowych, które dostają się do otwartych naczyń z powietrza. Woda, która ostygła stojąc otwarta już po jednym dniu nie powinna być pita ponieważ, jak dowodzą badania, rozwijają się w niej kolonie bakterii."
ABC zdrowie:
" Gotowanie wody jest niezbędnym procesem. Pozwala zniszczyć występujące w płynie drobnoustroje, dlatego jest wskazane. Nie warto jednak robić tego dwukrotnie. Jeśli wystygnie i nie zostanie zużyta, można podlać nią kwiaty lub wlać do żelazka."
Czajnikowy:
 "Pamiętajmy zatem, że przegotowanie wody pozwala zniszczyć występujące w niej drobnoustroje i jest jak najbardziej wskazane. Ponowne jej gotowanie jednak nie powinno stać się naszą codzienną praktyką. Wczorajszą wodę z czajnika lepiej wykorzystać do innych celów jeśli żal nam ją wylewać. Można nią na przykład bezpiecznie podlewać kwiaty, do herbaty użyjmy jednak świeżej."

ABC Zdrowie:
" Podczas gotowania część zawartych w wodzie soli mineralnych staje się nierozpuszczalna. Takie minerały odkładają się w nerkach, prowadząc do rozwoju kamicy nerkowej."
Czajnikowy.pl:
 Część naturalnych soli mineralnych zawartych w wodzie w skutek ogrzewania stają się nierozpuszczalne. Mogą one powodować powstawanie kamieni nerkowych.
Pełne porównanie podejrzanych fragmentów:
Źródło drugie - The Sun
Między artykułami jest nieco różnic, na przykład w jednym wymienione są azotany a w drugim selen, choć potem w podpunktach na temat szkodliwości pojawiają się znów związki azotu. Gdy rano skopiowałem artykuł, nie było ponadto żadnej informacji skąd autorka to wszystko wie. Jedynym poświadczeniem mieli być nie określeni "eksperci". Potem jednak, być może w związku z trzema setkami negatywnych komentarzy, artykuł edytowano dodając informację, że tak oto twierdzi specjalistka Julie Harrison, co stanowiło niezłą asekurację. ("nie oskarżajcie mnie o nic bo to nie ja tak twierdzę tylko ta ekspertka")
Ale też było przyczynkiem do dalszych poszukiwań.

Julie Harrison to Brytyjskia dietetyczka. W 2015 roku wydała e-booka z poradami na temat zdrowego stylu życia. W ramach promocji książki wrzuciła na Youtube kilka filmów skrótowo podsumowujących niektóre ciekawostki. W tym film o tym czemu nie powinno się ponownie gotować wody. Na podstawie filmu powstał opublikowany w listopadzie 2015 artykuł w brukowcu The Sun.[3]

Artykuł posłużył za źródło zarówno dla Rycerz jak i dla portalu Czajnikowy.pl, ale o ile ten drugi opisał rzecz w zasadzie swoimi słowami i jeszcze dodał od siebie kilka informacji (oraz zamienił azotany na selen), o tyle artykuł z ABC Zdrowie zawiera nie wyróżnione cytaty przetłumaczone dość luźno ale jednak rozpoznawalne.
ABC Zdrowie:
Gotowanie po raz drugi, a czasem nawet trzeci, sprzyja także wydzielaniu się niebezpiecznych dla zdrowia substancji. Mowa tutaj o azotanach, arsenie i fluorkach.
The Sun:
 The chemicals in the water get concentrated,
things like nitrates, arsenic and fluoride. “Every time you reboil the water, they get more concentrated
ABC Zdrowie:
 Z azotanów powstają kancerogenne nitrozoaminy, które w pewnym stopniu przyczyniają się do rozwoju nowotworu krwi – białaczki oraz chłoniaka nieziarniczego. Arsen, gdy odkłada się w organizmie człowieka, prowadzi do zaburzeń płodności, chorób serca, jest także przyczyną kłopotów ze strony układu nerwowego.
The Sun:
Nitrates turn into nitrosamines and become carcinogenic. These chemicals have
been linked to diseases like leukemia and non-Hodgkin lymphoma as well as
various types of cancer.
Meanwhile arsenic accumulates which can result in cancer, heart disease,
infertility and neurological problems.
Jest także podobne zdanie o solach wapnia powodujących kamicę, jednak wykazuje większe podobieństwo do zdania z artykułu Czajnikowy.pl


Problem z Czajnikowym
Niemniej wykrycie źródeł informacji z artykułu nie było jedyną irytującą rzeczą jaką odkryłem. Drugą był fakt, że będący bliższy oryginałom i bardziej samodzielny artykuł ze znanego portalu Czajnikowy.pl jest mimo wszystko równie bałamutny i zły co ten już omówiony, i to przy pomocy większej ilości argumentów, które warto tu rozważyć:

1. Woda przegotowana pozbawiona jest dużej części tlenu. Oznacza to, że staje się świetnym środowiskiem dla rozwoju różnego rodzaju bakterii beztlenowych, które dostają się do otwartych naczyń z powietrza. Woda, która ostygła stojąc otwarta już po jednym dniu nie powinna być pita ponieważ, jak dowodzą badania, rozwijają się w niej kolonie bakterii. - zgadzam się, pytanie tylko czego tak na prawdę dotyczy ta przestroga? Ostrzeżenia aby nie gotować wody drugi raz, czy może raczej aby nie wypisać zostawionej w otwartym naczyniu wody czy herbaty gdy minęło już trochę czasu od kiedy się gotowała? W tym drugim przypadku rzecz jest zrozumiała, bywa że rano odkrywamy na stole herbatę zrobioną wczoraj wieczorem i zapomnianą, więc teraz dopijamy ją na zimno lub dolewany trochę ciepłej. Nie wiem natomiast co by miało nam zaszkodzić w tym pierwszym przypadku. 
Przecież podczas drugiego gotowania tej samej wody wszelkie bakterie zginą. No chyba, że komuś zalągł się w czajniku z powietrza wzięty szczep toksycznych ekstremofili, mogących namnażać się w wodzie zimnej (i bez substancji odżywczych) i przetrwać gotowanie, ale to mało prawdopodobne. Tym bardziej że czajnik nie jest za bardzo otwartym naczyniem. Te elektryczne są o tyle izolowane, że zwykle wyloty zawierają filtr na stałe cząstki. 
2. W czasie gotowania wody następuje kondensacja substancji nierozpuszczalnych w wodzie, również tych pierwiastków, które w niewielkich ilościach są dla naszego ciała korzystne, a w większych szkodliwe. Mowa tutaj o selenie, arsenie oraz fluorze. - Zastanawia mnie skąd się tu autorowi wziął selen, skoro nie było go w oryginalnym tekście źródłowym. Zastąpił przy pomocy niego azotany, do których jednak się potem odwołuje.

Czy podczas gotowania wody zwiększa się stężenie soli mineralnych w wodzie? Owszem, tylko aby zwiększyło się w sposób istotny musielibyśmy odparować sporą objętość tej naszej przeciętnej kranówki. Podczas gotowania wody na herbatę wyłączamy ją gdy dojdzie do stanu wrzenia, bardzo niewiele wody zamienia się ostatecznie w parę, myślę że byłoby to jakiś 1-2%. Wzrost stężenia jest więc niewielki nawet przy pięciokrotnym zagotowaniu tej samej wody. Ta koncepcja nie ma sensu też dlatego, że w wodzie nie pojawiają się nam magicznie nowe ilości soli mineralnych, jedynie przez odparowanie zagęszczają się nam już istniejące. Jeżeli z litra wody odparujemy 3/4 trzymamy szklankę zawierającą stężone minerały, ale będzie ich tyle samo co w litrze wody pierwotnej. Skąd zatem te "większe szkodliwe ilości" pierwiastków?

3. Część naturalnych soli mineralnych zawartych w wodzie w skutek ogrzewania stają się nierozpuszczalne. Mogą one powodować powstawanie kamieni nerkowych. - trzeci argument zaprzecza drugiemu. Jeśli jakieś sole mineralne stają się nierozpuszczalne, to w wodzie jest ich wówczas mniej, mniejsza jest więc całkowita ilość mimo mniejszej objętości wody po odparowaniu. To, że sole stają się nierozpuszczalne każdy miał możliwość zaobserwować, bowiem odkładają się one na ściankach czajnika w formie żółtawego kamienia, zawierającego wapń, magnez i domieszkę żelaza i krzemu.
Kolejna sprawa to wyjaśnienie, jak nierozpuszczalne, a więc wytrącone w formie osadu sole, mają powodować kamicę. Nerki nie są połączone z przewodem pokarmowym. Kamienie wytrącają się w nich z moczu, który wysącza się z krwi. Aby jakieś sole wydostały się z moczem, muszą wchłonąć się do krwi, czyli być rozpuszczalne.

4. Związki azotu w skutek wielokrotnego gotowania zmieniają się w substancje mogące mieć działanie rakotwórcze. - Ba! Tylko jakie związki i w co się zamieniają? Odpowiedź znajdziemy oczywiście w oryginale - azotany mają się zamieniać w toksyczne nitrozoaminy. 
Nitrozoaminy to związki powstałe w wyniku reakcji azotynów (azotanów III) z wolnymi aminami. Których to ostatnich w wodzie jest mało. Ponieważ są często dość lotne, można spodziewa się że w kilka razy zagotowywanej wodzie będzie ich bardzo mało. Aby zaś azotany zamieniły się w azotyny woda musiałaby odparować a osad nagrzać się do temperatury rozkładu azotanów. Oczywiście możliwe jest że w niezupełnie oczyszczonej wodzie znajdą się azotyny wytworzone przez bakterie glebowe i wolne aminy, ale wówczas nitrozoaminy powstaną już przy pierwszym ogrzaniu, i powtórne gotowanie nam nowych porcji nie stworzy.

5. Zmieniają się także i gromadzą różne sole zwłaszcza chloru i wapnia, które w tej postaci są szkodliwe dla naszego zdrowia. - Ba! Tylko jakie związki i w co takiego toksycznego się zamienią? Tutaj już myśli autorskich nie odgadnę.

Właściwie tylko ostatni argument ma jakiś sens, bo woda która długo stoi w czajniku może przejąć jakieś substancje z materiału czajnika.

Wysłałem informację i pytania do Czajnikowego, ale na razie nie dostałe odpowiedzi, jeśli coś się pojawi to dopiszę,
------
[1] https://portal.abczdrowie.pl/dlaczego-nie-wolno-gotowac-wody-dwa-razy
[2] http://www.czajnikowy.com.pl/jak-prawidlowo-gotowac-wode-do-herbaty-ile-razy-wolno-gotowac-wode/
[3] https://www.thesun.co.uk/archives/news/731396/expert-says-never-reboil-the-water-in-your-kettle/

środa, 2 listopada 2016

Krótkotłuszczowe kwasy łańcuchowe, czyli pomieszanie z poplątaniem

Dokonam teraz krótkiej analizy artykułu z portalu ABC Zdrowie, który dobrze pokazuje w czym tkwi problem wielu takiej portali.

Artykuł "4 objawy problemów z jelitami"[1]  stanowi kolejną odsłonę trendu zrzucania winy za wszelkie dolegliwości na stan jelit. Muszą to być jelita bo remedium jest oczywiście cudowna dieta lub suplement w rozpuszczalnych kapsułkach. W tym przypadku autorka za zły stan jelit chce obwiniać niewłaściwe bakterie, i z tą myślą wyszukuje jakie tylko może związki jelit ze zdrowiem.
Co chwila jednak zdarzają się jej różne kiksy i pomyłki, które rzucają cień na wartość tekstu.

Wstęp dość zwyczajny - uświadomienie czytelnika że w jego jelitach żyją bakterie i jest ich tam generalnie olbrzymia ilość, pełnią różne korzystne funkcje i wydzielają ważne dla zdrowia substancje, w tym:
Oprócz tego bakterie te produkują witaminę K, krótkotłuszczowe kwasy łańcuchowe (energia dla komórek nabłonka jelita grubego).
 Ten fragment wywołał u mnie rozbawienie. Widać było, że autorce coś dzwoniło, tylko nie wiadomo w którym kościele. Oczywiście tym co wytwarzają niektóre bakterie jelitowe są krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, głownie kwas masłowy i propionowy. Stanowią one źródło energii dla kolonocytów tworzących nabłonek jelita, wpływają na ich wzrost oraz pośrednio pomagają we wchłanianiu niektórych składników odżywczych.  Przy czym bakterie ta nie wydzielają tychże kwasów same z siebie, muszą mieć do tego odpowiedni pokarm, głównie nie trawione przez organizm oligosacharydy jak inulina czy fruktany. Ponieważ stymulują one rozwój korzystnych bakterii (mają co jeść to się namnażają) są nazywane prebiotykami. Nie są one trawione przez enzymy trawienne, dlatego często zalicza się je do grupy błonnika rozpuszczalnego.
 W tym miejscu autorka może się wykazać - wystarczy opisać na czym polega ten mechanizm i co należy jeść lub zażywać aby nakarmić bakterie. Niestety chyba nie chciała się w to zagłębiać, bo w kwestii remedium pisze jedynie:
W odbudowie flory jelitowej pomoże włączenie do diety błonnika, który wyściela ściany jelit, zapobiegając utracie dobrych bakterii. Ogranicza też rozwój tych złych. Warto także przyjmować probiotyki, zawierające Lactobacillus L. casei.
Na florę bakteryjną pomoże jakiś błonnik, który nie wiadomo co robi, prawdopodobnie przykleja się do ścian jelita. A jeśli korzystnych bakterii masz za mało to połknij preparat zawierający tylko jeden gatunek. No niestety, ale to się za bardzo nie sprawdzi.

Celiakia
Następny fragment artykułu dotyczy celiakii, przewlekłej choroby polegającej na nieprawidłowej reakcji organizmu na gluten. Początek jest dobry - autorka uświadamia czytelnika, że swędzące wysypki które są brane za choroby skóry, mogą być w rzeczywistości wynikiem celiakii. Następnie próbuje powiązać ten stan z bakteriami jelitowymi, motywem przewodnim artykułu:

Jaki jest jednak związek celiaklii z bakteriami jelitowymi? U osoby chorej, która spożyje choć minimalną ilość glutenu – dochodzi do uwolnienia przeciwciałą IgA, które atakuje jelita. Z czasem przeciwciało to może gromadzić się w naczyniach krwionośnych pod skórą prowadząc właśnie do wysypki podobnej do atopowego zapalenia skóry. W takim przypadku celiaklię można rozpoznać poprzez biopsję.
Widzicie tu jakiś związek celiakii z bakteriami jelitowymi? Bo ja jakoś żadnego. No chyba, że tym związkiem ma być "jedno i drugie dzieje się w jelitach", ale to nic nie znaczy. Równie dobrze można udowadniać, że bakterie jelitowe mają związek z perforacją jelit, bo gdy połkniemy śrubkę lub igłę a ta znajdzie się w jelicie, to może przebić jego ściankę.

Cytokiny i serotonina
Kolejny fragment tekstu odnosi się do teorii że stany depresyjne są związane z odczynami zapalnymi:
 Jak tłumaczą eksperci, bakterie działające destrukcyjnie na ludzki organizm prowadzą do aktywacji receptorów w układzie pokarmowym. Te z kolei powodują uwalnianie substancji zwanych cytokinami pozpalnymi. W kontekście wystąpienia depresji, cytokiny pełnią funkcję mediatorów, które dalej wpływają na funkcje neurochemiczne w mózgu.
Cytokiny pozapalne to musi być dość niezwykła substancja - czynnik wywołujący objawy zapalenia, już po ustąpieniu zapalenia... Chodzi oczywiście o cytokiny prozapalne. Zobaczmy jednak jak autorka chce skojarzyć cytokiny i depresję:
 Cytokiny pozapalne z jednej strony wywołują odpowiedź odpornościową organizmu, a z drugiej – stan zapalny. Zwiększają też aktywność serotoniny, odpowiedzialnej za dobry nastrój, która usuwa odpowiedź odpornościową z synaps (połączeń nerwowych w mózgu). Jeśli to usuwanie następuje zbyt szybko, skutkować może złym nastrojem, zdenerwowaniem, zaburzeniami lękowymi a także depresją.
To głównie ten fragment spowodował, że postanowiłem napisać ten artykuł. Otuż z tego co napisała autorka ma wynikać, że serotonina wywołuje depresję.
Jest dokładnie odwrotnie! Jak zresztą sama napisała - serotonina jest odpowiedzialna za dobry nastrój i generalnie działa przeciwdepresyjnie. Drugim niezrozumiałym fragmentem jest usuwanie odpowiedzi odpornościowej z synaps przez serotoninę - próbowałem znaleźć coś na ten temat, ale nie udało mi się. Prawdopodobnie autorce pomyliły się cytokiny, wywołujące odpowiedź odpornościową, z serotoniną która ma w organizmie zupełnie inną rolę. Wiedziała ze swoich źródeł że cośtam usuwa coś innego, więc zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi podstawiła jakieś przypadkowe pojęcia ze zbioru pojawiających się w źródle, tworząc ostatecznie bełkot.

Jakie to było źródło? Prawdopodobnie artykuł z Kopalni Wiedzy o związkach stanów zapalnych i depresji.[2] Jestem tego niemal pewny, bo fragment z artykułu na ABC Zdrowie opisujący działanie cytokin, to plagiat tego właśnie artykułu - autorka tylko trochę przeformułowała zdanie i pomieszała pojęcia.
Czynnik przenoszący serotoninę (a więc też usuwający z danego miejsca) zamienił się w samą serotoninę, zaś to co jest usuwane zamieniło się w odpowiedź odpornościową.

Dysbakterioza
Ostatni fragment artykułu nie zawiera szczególnie rażących błędów. Opisuje stan nadmiernego rozrostu bakterii w jelitach. Choroba nie została jednak zbyt precyzyjnie opisana - normalnie w jelicie cienkim żyje niewiele bakterii, przeszkadza im zasadowa żółć, enzymy soku trzustkowego i dość kwaśny żołądek który ogranicza dostawanie się bakterii z pożywieniem. Czasem jednak przy zaburzeniu któregoś z tych czynników ograniczających pojawia się zespół rozrostu bakteryjnego, nazywany też uczenie dysbakteriozą przewodu pokarmowego. Prowadzi to do zaburzeń wchłaniania składników odżywczych, bo na przykład bakterie zużywają witaminę B12 co prowadzi co niedokrwistości.

Jako sposób leczenia autorka podaje tylko antybiotyki. Zapomina o takich kwestiach jak zmiana diety, podawanie leków przeciwbiegunkowych i uzupełnienie niedoborów witamin.

Kim jest autorka? W krótkiej notce pod artykułem pisze o sobie, że jest absolwentką filologii polskiej i fascynatką zdrowego trybu życia i medycyny naturalnej. Cóż, nie odmawiam ludziom możliwości pisania na tematy, w których nie są specjalistami, sam tak robię na blogu. Po osiągnięciu pewnego poziomu umiejętności pisania, w zasadzie da się napisać artykuł o wszystkim, podstawą jest jednak umiejętność pracy ze źródłami i rozumienie podawanych informacji. Artykuł będzie tylko tak dobry jak źródła informacji, autor może najwyżej błysnąć literackim stylem. I czego jak czego, ale po absolwentce filologii można by się spodziewać, że będzie w stanie ocenić nawet jeśli nie jakość źródła, to przynajmniej to czy na pewno dobrze przepisała.
-------
[1] https://portal.abczdrowie.pl/4-objawy-problemow-z-jelitami
[2] http://kopalniawiedzy.pl/depresja-grypa-stan-zapalny-cytokiny-przenosnik-serotoniny-SERT-Prozac-Chong-Bin-Zhu-Randy-Blakely-William-Hewlett-Vanderbilt-University,12111

czwartek, 6 października 2016

1912 - Makabra ze starej prasy

Mówi się że dzisiejsze gazety nastawione są na silne emocje, i że dziennikarskie hieny lubują się w krwi i drastycznych szczegółach. Tymczasem przeglądając stare gazety mam wrażenie, że już wtedy poczucie wrażliwości tematu było u żurnalistów mocno przytępione, czego dowodem opis tragicznego wypadku z początku minionego wieku:


Śmierć we młynie.
Straszny wypadek zdarzył się we wsi Zemborzycach pod Lublinem. Stefan Ptaszyński, zięć młynarza dzierżawiącego młyn dworski, poszedł nocą doglądać mlewa, a ponieważ był mróz, odział się w kożuch.
Wtem, gdy przechodził koło drąga żelaznego, który jest poruszany przez turbinę, a obraca się podobno sześćdziesiąt razy na minutę, drąg ów schwycił go za kożuch i obracając się tłukł go o podłogę tak, że szczątki ciała rozbryzgane po ścianach i podłodze zbierano potem łyżkami.
 Wybiło nieszczęśliwym człowiekiem dziurę w podłodze, a nogi potrzaskane wpadły przez ten otwór w rzekę, gdzie potem ledwo zdołano je odnaleźć. Żona młynarza obudzona niezwykłym turkotem młyna obudziła męża, żeby poszedł zobaczyć, co się tam stało. Młynarz zerwał się co prędzej, biegnie do młyna, woła zięcia, niema go, nikt się nie odzywa. Wtem spojrzy - a tu kożuch okręcony na drągu. Pobiegł, zastawił turbiny, przypada do kożucha
— Boże Wielki! dziura w podłodze i rozbryzgane ciało! — Zemdlał biedny teść i leży sam jak bez duszy, aż nadszedł ktoś ze służby zbudzonej też znać przez młynarzową.
 Nieboszczyk pozostawił żonę, małe dziecko i rodziców w podeszłym wieku.

[Gazeta Świąteczna 18 lutego 1912 EBUW]
Albo choćby ten wypadek lotniczy z Wielkiej Brytanii:
 ... Lotnik wzniósł się balonem w powietrze. Jeden ze spadochronów nie otworzył się gdy już trzeba było powoli spuszczać się na ziemię i lotnik spadł z wysokości 2 tysięcy stóp. Leciał on z szaloną szybkością i spadając na jabłoń trafił głową w ostry, wystający konar. Jak jabłko nabiła się głowa na konar, odrywając odrazu od ciała, które upadło na ziemię tworząc bezkształtną masę. (...)
[Sport 19 października 1910 EBUW]

środa, 27 lipca 2016

Wymyślone ADHD

Z pewnością wielu z was słysząc o rozmaitych problemach wychowawczych u współczesnych dzieci, spotkało się z poglądem, że wiele diagnoz dysleksji czy ADHD zostało wymuszonych przez rodziców, pragnących aby ich pociechy miały łatwiej dziki jakiemuś upośledzeniu w papierach. A nawet mogła do was dojść skandaliczna informacja, że takiej choroby jak ADHD nie ma i przyznał to lekarz który ją wymyślił. I problem w tym, że to ostatnie to nie prawda.

Cała ta historia przypomina trochę zabawę w głuchy telefon. Zaczęło się w roku 2012 od artykułu z niemieckiej gazety Der Spiegiel, dotyczącego rosnącej ilości przypadków zaburzeń psychicznych. Artykuł zauważał, że część tego wzrostu może wynikać bardziej ze wzrostu ilości błędnych diagnoz i jako przykład podał ADHD. W artykule zacytowano fragment ostatniego przed śmiercią w 2009 roku wywiadu z Leonem Eisenburgiem, uważanego za jednego z najważniejszych twórców pojęcia nadpobudliwości, w którym mówi on właśnie o tym zbyt częstym diagnozowaniu i przestrzega przed traktowaniem leków jako prostego rozwiązania. Artykuł oczywiście ukazał się w języku niemieckim i wówczas nie wywołał żadnych kontrowersji. Rok później wybuchła afera. Amerykańskie portale podchwyciły fragment wywiadu, w którym miał stwierdzić, że to była choroba zmyślona przez lekarzy. Przy czym oczywiście amerykanie nie cytowali wywiadu po niemiecku lecz w wersji przetłumaczonej.

W oryginalnym wywiadzie pada zdanie:
" ADHD ist ein Paradebeispiel für eine fabrizierte Erkrankung"[1]
czyli "ADHD jest najlepszym przykładem ... choroby". Jakiej?
Użyte słowo "Fabrizierte" ma dwa znaczenia. Może chodzić o "fabrykowanie" czyli zmyślanie, fałszowanie. Ale zdecydowanie częściej chodzi o "produkowanie". Ponieważ było to mówione w kontekście wzrostu ilości nowych diagnoz, łatwo domyśleć się, że chodziło mu o "produkowanie diagnoz". Był to w istocie przytyk w stronę kolegów po fachu, którzy wystawiają takie zaświadczenia zdecydowanie zbyt dużej ilości dzieci.
W dalszej części artykułu cytuje się opinię Eisenburga o tym, że zrzucenie całej winy za powstawanie nadpobudliwości na geny, jest błędem bo zwalnia rodziców z dalszych działań wychowawczych. Jego zdaniem powinno się zwrócić większą uwagę na wpływy środowiskowe i rozpoznanie psychospołecznych przyczyn zaburzeń behawioralnych, na przykład zbadanie czy nie ma aby jakiś problemów w rodzinie. To jednak jest trudniejsze i trochę trwa, dlatego lekarze wybierają prostsze rozwiązanie - przepisać coś na uspokojenie i nie wnikać.

Oczywiście nie trudno dostrzec, że gdyby miał dręczony wyrzutami tuż przed śmiercią wyznać, że chorobę wymyślił i że nie istnieje, to nie dodawałby potem, że teraz trzeba się skupić na środowiskowych i wychowawczych przyczynach tejże choroby.

Jednak podczas tłumaczenia na angielski nie przytoczono wszystkich wypowiedzi lekarza. Artykuły które podchwyciły temat cytowały wyłącznie to jedno zdanie o produkcji diagnoz, decydując się na użycie drugiego znaczenia słowa "fabrizierte", przez co w świat zdanie poszło w wersji
"ADHD to wymyślona choroba"
 Od tego czasu cytat ten jest chętnie cytowany przez różne strony i osoby niechętne medycynie, jako dowód naukowych oszustw. I mogą to robić bezkarnie, bo przecież nikomu się nie będzie chciało sprawdzić, co nie?

--------.
Źródła:
[1]  http://www.spiegel.de/spiegel/print/d-83865282.html - nie udało mi się natomiast znaleźć tego ostatniego wywiadu który jest w artykule tylko cytowany. Powinien był się ukazać na początku 2009 roku

piątek, 6 marca 2015

Kiedy zmienia się statystyka a nie zmienia się świat.

Ach te statystyki...

Zbiór liczb opisujących zachodzące zjawiska i mający pomóc w ich ogarnięciu i zrozumieniu. Zawierzamy im mając nadzieję, że przystają do rzeczywistości - i czasem prowadzi nas to na manowce.

Na początku zeszłego roku polskie media obiegła wiadomość: "Coraz więcej Polaków popełnia samobójstwa!". Ze statystyk udostępnianych przez Policję wynikało, że w roku 2013 samobójstwo skutecznie popełniło 6 tysięcy osób, co w porównaniu z 2012 rokiem w którym zanotowano ich o 2 tysiące mniej, stanowiło wyraźny i zastanawiający wzrost. Wzrost, który skłaniał do szukania przyczyn - do czego zaraz ochoczo wzięły się media.

Wedle prof. Marii Jarosz, poproszoną o komentarz przez Na Temat, ten nagły wzrost to oznaka coraz gorszej kondycji społeczeństwa, związanej także z kryzysem finansowym[1]. Wszakże - zauważa w pewnym momencie - liczba samobójstw wzrasta od roku 2009 czyli od początku kryzysu.. Wywiad ma jednak charakter rozważań bardziej ogólnych na temat zjawiska, a nie ma temat wzrostu w tym konkretnym roku.
Gazeta Wyborcza z kolei koncentrowała się na przewadze mężczyzn wśród samobójców, uważając to za wynik presji wizerunku "twardego faceta" który nie okazuje uczuć[2].
Najwyższy Czas uważa że to wina Tuska, bo jesli sięgnąć jeszcze dalej, do 2007 roku, to od tego czasu przyrost wynosi 50%! [3] Podobne przyczyny - złe rządy i długi (oraz wizyty komorników) widzą w tym przypadku inne portale.[4] Niekiedy wskazuje się, że mogą być to statystyki i tak zaniżone, bowiem dane publikowane przez policję dotyczą tylko potwierdzonych samobójstw.
Co więcej - pewne informacje wskazują że w roku 2014 samobójstw było jeszcze więcej.[5] Dane te nie zostały jeszcze opublikowane, ale gdy tak się stanie, z pewnością alarmistyczne głosy powrócą.

Skąd ten nagły wzrost? Ja gdy usłyszałem niedawno o tej sprawie, zaciekawiłem się przede wszystkim kwestią - skąd te dane. Źródłem są tu statystyki publikowane przez komendę główną Policji, a konkretnie tabela podsumowująca dotychczasowe raporty.[6]

LICZBA ZAMACHÓW SAMOBÓJCZYCH ZAKOŃCZONYCH ZGONEM
ROK OGÓŁEM MĘŻCZYŹNI KOBIETY
2013 6.101* 5.196 904
2012 4.177 3.569 508
2011 3.839 3.294 545
2010 4.087 3.517 570
2009 4.384 3.739 645
2008 3.964 3.333 631
2007 3.530 2.924 606
2006 4.090 3.444 646
2005 4.621 3.885 736
2004 4.893 4.104 789
2003 4.634 3.890 744
2002 5.100 4.215 885
2001 4.971 4.184 787
2000 4.947 4.090 857
1999 4.695 3.967 728
1998 5.502 4.591 911
1997 5.614 4.622 992
1996 5.334 4.392 942
1995 5.485 4.465 1.020
1994 5.538 4.541 997
1993 5.569 4.519 1.050
1992 5.453 4.426 1.027
1991 4.159 3.388 771
*- w 1 przypadku brak danych ze względu na płeć

Liczby wyglądają przerażająco. Zarazem jednak przyglądając się im, trudno nie zauważyć, jak pewne wymienione wcześniej tezy o wzrostach i spadkach nie zupełnie stosują się do tych danych. Przykładowo trudno mówić o "wzroście od 2009 roku" w sytuacji gdy zmienność liczb w obrębie kolejnych lat jest dosyć duża - między 2009 a 2010 spadek o 400, potem spadek o 200 mimo że to środek kryzysu; potem wzrost o 350 i gdyby nie ten skok na końcu, trend byłby raczej spadkowy. Jeszcze dziwniej wygląda teza "wzrostu samobójstw od rządów Tuska" bo w roku 2007 w którym wygrał wybory, samobójstw było o 500 mniej niż w roku, w którym rządził jego antagonista.

Ale nie takie kwestie sprawiły, że napisałem ten artykuł - powodem była inna rzecz, którą zrobiłem, gdy już odpowiedziałem sobie na pytanie o źródło danych. Popatrzyłem na tabelkę na stronie policji i zastanowiłem się - a czy na pewno nie zmieniła się metoda statystyczna? Po czym zrobiłem coś na co nie wpadł ani jeden dziennikarz - kliknąłem na link do raportu podsumowującego ten tragiczny rok 2013.
A tam przeczytałem:
Od 2013 roku zmienił się sposób gromadzenia i generowania danych statystycznych dotyczących zamachów samobójczych. Wcześniej dane do systemu wprowadzane były po przeprowadzeniu i zakończeniu postępowania: sprawdzającego* lub przygotowawczego. Obecnie wprowadzane są bezpośrednio po wydarzeniu jeżeli z okoliczności wynika, że doszło do zamachu samobójczego. System pozwala na modyfikację danych jeżeli okaże się, że nie był to zamach samobójczy.[7]
Teraz rozumiecie?

W poprzednich latach w tabelce zapisywano tylko dane dotyczące samobójstw potwierdzonych w dochodzeniu. Jeśli dany przypadek uznano za wypadek, morderstwo lub zgon naturalny, lub też nie było możliwe ustalenie jego natury, to w tabelce się nie pojawiał. Podobnie było z przypadkami dla których śledztwo dało wyniki w innym roku niż rok popełnienia.
W roku 2013 do statystyk wliczono wszystkie sprawy, dla których przyjęto samobójstwo wstępnie - także te które potem mogły mieć jednak inne przyczyny. Brak odrzucenia wątpliwych spraw spowodował gwałtowny i skokowy wzrost liczb w statystykach. I to była przyczyna.

W takiej sytuacji, gdy już znamy główną przyczynę, nasuwają się dosyć oczywiste wnioski - po pierwsze dziennikarze powinni zacząć dokładniej weryfikować informacje, bo to że na głównej stronie statystyk jest tabela, nie oznacza że nie warto zajrzeć w poszczególne dokumenty. Jeśli tego nie zrobią, to daję głowę, że w  marcu wraz z publikacją kolejnych statystyk sprawa wybuchnie ponownie.
Po drugie panowie policjanci zajmujący się statystykami powinni się nauczyć dokładniej objaśniać wprowadzane zmiany, w tym także na głównej stronie. I ewentualnie prostować błędne rozumienie statystyk w mediach.
Po trzecie wypadałoby dodać teraz do tabeli trzecią kolumnę i podać w niej dane zgodne ze starym sposobem podliczania samobójstw, bo w obecnej sytuacji gdy zmieniło się naliczanie, nowych danych nie ma jak porównać ze starymi i tym samym sprawdzić jak się one rzeczywiście zmieniły, i czy nastąpił rzeczywisty wzrost w porównaniu z poprzednimi latami, czy nie.
Takie dobre rozwiązanie stosuje GIS w raportach na temat niepożądanych odczynów poszczepiennych. Od kilku lat zmienił się sposób klasyfikowania stopnia ciężkości objawów - w starym używanym w Polsce, za ciężki uznawano objaw skutkujący hospitalizacją dłuższą niż 1 dzień, wedle norm WHO jest to każdy skutkujący obecnością w szpitalu, nawet jeśli pacjent był tam tylko na badaniu. Ta różnica daje ok. 20% więcej powikłań ciężkich i wynika tylko ze zmiany sposobu naliczania. Aby moc porównywać stare dane z nowymi, służba zdrowia zlicza powikłania na dwa sposoby, podając liczby zarówno wedle nowego i starego sposobu. O czymś takim właśnie powinni pomyśleć policyjni statystycy.

A po czwarte... Jak zobaczyłem, że to co ja spostrzegłem na początku, umknęło tym wszystkim dziennikarzom snującym rozważania na temat nagłego wzrostu, to nie wyobrażacie sobie jak mi się zrobiło ciepło na ego...
--------------
[1] http://natemat.pl/35151,wzrost-samobojstw-mamy-tak-wysoki-jak-w-grecji-zycie-odbiera-sobie-ponad-6-tys-osob-rocznie
[1] http://wyborcza.pl/1,75478,15713588,2013__rekord_samobojstw__Mezczyzni_pod_presja.html
[3] http://nczas.com/wiadomosci/polska/drastyczny-wzrost-liczby-samobojstw-za-tuska/
[4] https://www.eurogospodarka.eu/jezeli-liczba-samobojstw-rosnie-ze-spoleczenstwem-dzieje-sie-cos-niedobrego
[5] http://londynek.net/wiadomosci/article?jdnews_id=26198
[6] http://statystyka.policja.pl/st/wybrane-statystyki/samobojstwa
[7] http://statystyka.policja.pl/st/wybrane-statystyki/samobojstwa/100065,Samobojstwa-2013.html

niedziela, 25 stycznia 2015

O co plakacistom chodziło

Nie sądziłem że będę na tym blogu coś recenzował, ponieważ jednak z założenia tematycznie się tu nie ograniczam a te dwie rzeczy wpadły mi akurat w oko, to trudno.

Plakaty filmowe.
Każdy wie jak wyglądają plakaty filmowe - najważniejsze atuty filmu zgrupowane w jakąś ładną kompozycję, wybieraną zwykle spośród kilku popularnych szablonów. W założeniu jednak plakat ma przenosić pewną podstawową informację - odpowiadać na pytanie "Film? O czym?", ma sugerować jaki jest jego klimat i czego się po nim spodziewać. Jednak gdy zobaczyłem te dwa plakaty, wpadłem w konfuzję. Doskonale wiedziałem o co plakacistom chodziło, i cały problem polegał na tym, że akurat nie był to film.

Carte Blanche
Oparta na prawdziwym zdarzeniu historia nauczyciela z Lublina, który zaczyna tracić wzrok. Bojąc się utraty pracy zaczyna udawać że widzi i postanawia wytrwać w tym udawaniu do momentu, gdy prowadzona przez niego klasa dotrwa do matury. Krzepiąca opowieść o ambicjach i lękach, odniesienia do wizerunku nauczyciela-pasjonata, jakieś tam kwestie obyczajowe w tle. I taki film jest promowany przy pomocy plakatu, który sugeruje przypadkowemu przechodniowi, że jest to film o czymś całkiem innym:

To film o Chyrze!

Nie dość, że głównym elementem jest roześmiany Chyra, zupełnie jakby chodziło o jakąś komedię, to jeszcze na wszelki wypadek gdyby przechodzeń nie skojarzył twarzy usłużny plakacista podpowiedział nazwisko literkami na tablicy. I ta tablica z literkami jest jedynym elementem odwołującym się do fabuły (żenujące hasło reklamujące film o człowieku tracącym wzrok "Nie widzę inaczej!" pomijam). Nad tytułem mamy dodatkowo opis "prawdziwa historia niezwykłego człowieka" przez co osoba która nie słyszała wcześniej nic o filmie może autentycznie pomyśleć, że to film biograficzny o Chyrze.

Takie skupienie się na jednym elemencie budzi zresztą wątpliwość co do jakości filmu - jeśli uznano że nazwisko aktora jest jedynym elementem zasługującym na wyróżnienie, to co z resztą?
Przypomina mi się zresztą afera jaką wywołały plakaty filmu "12 lat w niewoli" opowiadającego o udrękach czarnoskórych zmuszanych do niewolnictwa, który to film był reklamowany we Włoszech w taki oto sposób:
alternatywnie:

Ponownie pokazując że pokazanie wielkiej gęby znanych i co ważniejsze białych aktorów zostało uznane za najważniejszy element promocji najwyraźniej fabułę opowiadająca o niewolnictwie czarnych uznając za sprawę drugorzędną.



400 tysięcy w Paryżu
W przypadku filmu Allena, przechodząc obok kina i spoglądając z odległości kilku metrów na ten plakat:
autentycznie sądziłem, że jego tytuł to "400 000". Gdybym nie podszedł, myślałbym pewnie że to film o aukcjach drogich obrazów. Rozsądny plakacista uwydatniłby raczej elementy "komedia romantyczna" i "Woody Allen", tymczasem najważniejszym elementem okazała się informacja o oglądalności.

ps.
Nie chciał bym wyjść na narzekacza, bo argument "Zrobił bym w lepsze w Paincie" jest taki właśnie typowo onetowo-bucowski, ale posługując się rzeczonym programem zmajstrowałem coś, co pokazuje jak wyobrażałbym sobie plakat pierwszego filmu:

niedziela, 28 grudnia 2014

Ktoś żartuje a ktoś kręci

Dawno już tu nie opisywałem naukowych wpadek portali, tymczasem na jednym z nich mi się nazbierało wątpliwych punktów.

Jak opisuje dziś portal Twoja Pogoda, po internecie krąży fałszywe ostrzeżenie NASA, przestrzegające przed efektem "grawitacyjnego wyrównania" i chwilowego zaniku grawitacji na Ziemi. Jak łatwo się domyśleć, jest to hoax mający tylko nakręcić klikalność. Wie zresztą o tym sam, portal, tytułując artykuł "4 stycznia na Ziemi zaniknie grawitacja? NASA ostrzega" zamiast "Zaniknie grawitacja? Kolejna mistyfikacja".

Zresztą, oddajmy głos TP. Najpierw informacja:

Tydzień ciemności, którego mieliśmy doświadczyć tuż przed świętami, skończył się fiaskiem, a już media społecznościowe obiegła kolejna mrożąca krew w żyłach wiadomość. Tym razem mamy utracić swoją naturalną wagę, a to za sprawą pewnego, nie do końca poznanego zjawiska.
Jest nim wzajemne oddziaływanie grawitacyjne Plutona i Jowisza. Oba ciała niebieskie wraz z Ziemią mają się znaleźć na jednej linii w dniu 4 stycznia 2015 roku o godzinie 18:47 czasu polskiego (9:47 rano czasu pacyficznego). Ma to ponoć doprowadzić do zaniku grawitacji i wytworzenia się tzw. mikrograwitacji, którą znamy chociażby z pokładu Stacji Kosmicznej.
Tak wieści wpis na Twitterze, który miała opublikować NASA. Oczywiście wpis okazał się być spreparowany, bo żadnej takiej wiadomości NASA nigdy nie zamieściła.(...) Nie wiadomo też dokładnie, jak miałby wyglądać owy fenomen. Według jednej wersji zaczęlibyśmy się, wraz z wszelkimi przedmiotami, unosić w powietrze, a według innych wersji, tylko "zrzucić" kilka kilo wagi. Oczywiście na pierwszy rzut oka brzmi to zabawnie. W rzeczywistości mikrograwitacja na Ziemi mogłaby doprowadzić do kataklizmu, bo np. budynki obracałyby się w ruinę, a ludzie unosiliby się nad ulicami, niczym baloniki wypełnione helem.
 Aha, znowu ktoś kogoś wkręca a setki internautów uwierzyło. Teraz jednak portal zaczyna demaskować historię, ujawniając ignorancję własną:
Skąd wzięła się ta ponura wizja? Otóż wymyślił ją rzekomy brytyjski astronom Patrick Moore. Jeśli rzeczywiście jest naukowcem, i w ogóle istnieje, to z pewnością wie, że siły grawitacyjne planet innych niż Ziemia, ze względu na odległość, nie mają na nas żadnego, ale to żadnego wpływu. Jakby tego było mało, to jeszcze 4 stycznia Pluton, Jowisz i Ziemia wcale nie znajdą się na jednej linii. Cała teoria trzęsie się tym samym w posadach.
Czego się tu czepiam? A no tego że wystarczy 15 sekund w Google aby sprawdzić, że Patrick Moore istnieje. I że cała historia to żart z długą brodą.

Sir Alfred Patrick Moore, lord Caldwell jest znaną postacią wśród brytyjskich popularyzatorów nauki. Nie miał formalnego wykształcenia astronomicznego, lecz interesując się tematem od dziecka, osiągnął w nim wielką biegłość. W 1953 napisał książkę o obserwacjach Księżyca, w późniejszym czasie napisał jeszcze wiele przewodników obserwacji, w tym znaną mi osobiście książkę "Niebo przez lornetkę", jednak jego największymi osiągnięciami były wykonywane wprawdzie amatorsko, lecz bardzo dokładne obserwacje.
Zbudował 12,5 calowy teleskop, i obserwował obszary księżyca położone teoretycznie po niewidocznej stronie, zauważalne czasami tylko dzięki libracji. Wśród nich znajdowało się Mare Orientale - ciemny basen uderzeniowy, widoczny jedynie jako cienka kreska na samej krawędzi w sprzyjąjących okolicznościach. W 1968 roku opisał  Przemijające Zjawiska Księżycowe - anomalie wyglądu księżyca polegające na pojawianiu się na nim jasnych punktów lub cieni, bądź krótkotrwałe zmiany barwy pewnych obszarów; w późniejszym czasie stworzył katalog takich obserwacji.

Od 1957 roku prowadził comiesięczny program telewizyjny o astronomii The Sky at Night, nadawany aż do roku 2013 w którym umarł. Tym samym stał się najdłużej pracującym prezenterem telewizyjnym w historii i postacią najbardziej kojarzoną z astronomią w Wielkiej Brytanii.
I dlatego też mógł sobie pozwolić na pewien astronomiczny żart.

Podczas primaaprilisowej audycji w radiu BBC w 1976 roku ogłosił, ze tego dnia w wyniku koniunkcji Jowisza i Plutona, o godzinie 9:49 na chwilkę osłabnie grawitacja. Wielu słuchaczy dzwoniło tego dnia do studia donosząc o zauważonym spadku wagi, czy nawet unoszeniu się w powietrzu, co bywa czasem przedstawiana na dowód tego, jak bardzo ludzi może ogłupić sugestia i media. W rzeczywistości żartobliwy charakter miała zarówno audycja jak i telefony od słuchaczy.

Jak łatwo jest wam teraz zauważyć, tegoroczny hoax to po prostu powtórzenie tamtego żartu. Moim zdaniem miał to być w zamierzeniu twórców dowcip wyśmiewający apokaliptycznych panikarzy (apokalipaników), zawsze skłonnych uwierzyć w katastrofalną wieść z internetu.
I tylko zastanawia, czemu Twoja Pogoda uważa Patricka Moore, za postać rzekomą, która zapewne nie istnieje, skoro można to łatwo sprawdzić? I czemu nie publikuje komentarzy, zwracających ich uwagę na tą drobną pomyłkę?

Na początku grudnia TP opublikowała artykuł o przebiegunowaniu ziemskich biegunów magnetycznych, które zgodnie z badaniami może nastąpić szybciej niż sądzono. Oprócz informacji o samych badaniach i odkryciach, mamy tam standardową medialną papkę o potencjalnych zagrożeniach, jak burze magnetyczne, zwiększone promieniowanie itd. :

Już niewielki ubytek w polu magnetycznym może sprawić, że wszelkie urządzenia z nim skalibrowane będą zakłócane, z czasem stając się zupełnie bezużyteczne. Człowiek, zwierzęta i rośliny zostaną wystawieni na działalność wiatru słonecznego i promieniowania rentgenowskiego.

Ptaki, używające pola magnetycznego do nawigacji, mogą nagle "zwariować". Magnetosfera jest dla nas jak ochronny klosz, bez którego znajdziemy się dla zabójczych sił działających w kosmosie, jak na przysłowiowym talerzu.
To oznacza powolną degradację wszelkich form życia. Skutki będą odczuwalne również na orbicie, gdzie na wyrzuty materii ze Słońca będą narażone satelity.
No dobrze, możne przesadzają ze straszeniem i katastrofami, ale te rzeczy teoretycznie są możliwe. A na końcu portal strzela takiego babola:

Nie wiadomo też jak pole magnetyczne wpływa na nachylenie osi obrotu Ziemi i czy zamiana biegunów np. nie spowoduje zmiany kierunku obrotu naszej planety wokół własnej osi lub jej "przewrócenia się". Skutki tego byłyby opłakane. Podobne zjawisko mogło mieć miejsce na Wenus, która wiruje w przeciwnym kierunku niż Ziemia.
U sąsiadujących z Ziemią planet proces zmiany pola magnetycznego był bardzo gwałtowny. Na przykład na Marsie mógł zakończyć proces tworzenia się prymitywnego życia, co miało miejsce 4 miliardy lat temu.

I w tym momencie nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać.

 Położenie ziemskich biegunów magnetycznych nie ma zupełnie związku z nachyleniem osi ziemskiej, ani z kierunkiem obrotu planety. Bieguny wędrowały sobie przez setki lat z dużą dowolnością:

A Słońce przeżywa przebiegunowanie co 11 lat a ani się nie przekręca ani nie odwraca wirowania. Mars nie ma pola magnetycznego, i nie jest to wynik jakiejś strasznej katastrofy - jest o połowę mniejszy od Ziemi i jego wnętrze w znacznym stopniu ostygło. Materiał jądra jest tylko częściowo płynny, a słaba konwekcja nie wystarcza do stworzenia pola magnetycznego. Żadnej nagłej katastrofy związanej z przebiegunowaniem nie było.
Podobnie jest z Wenus - nieco inny skład jej wnętrza z większą ilością ciężkich pierwiastków powoduje, że konwekcja we wnętrzu jest słaba, a pole magnetyczne nie występuje. Tym samym nie było biegunów których nagłe przebiegunowanie miało rzekomo przekręcić  planetę.

Powtarzając te bzdury za Patrickiem Gerylem, który opisał je w swej książce o katastrofie w roku 2012, redakcja naukowa TP strzela sobie w kolano. Niestety  komentarze zwracające na to uwagę, nie są publikowane.

poniedziałek, 22 września 2014

Śmiertelne wypadki z bronią myśliwską

Swego czasu January na Biokompoście opublikował świetny tekst "W obronie Myśliwych" przedstawiający tą grupkę ludzką tak, jakby byli rzadkim gatunkiem szkodnika, wyrządzającego szkody w przyrodzie.
Próbował przy tym porównać szkody wywołane przez łosie ze szkodami wywoływanymi przez myśliwych, a zwłaszcza przypadki śmiertelne ich działań, ale nie był w stanie znaleźć żadnych statystyk takich wypadków. W ramach przyczynku do dalszych analiz proponuję taką listę:

[aktualizacja]
2016
- Podczas polowania w Strzemiesznej koło Czerniewic zginął jeden z myśliwych, postrzelony przez innego [34]
- W okolicy Wągrowca znaleziono na drodze rannego rowerzystę. Gdy zmarł w szpitalu okazało się, że zginął od kuli używanej w broniach myśliwskich. Tego dnia w pobliskim lesie polował indywidualnie 21-letni myśliwy. Najprawdopodobniej gdy strzelił do sarny, celując w kierunku drogi, kula nie trafiła bądź przebiła sarnę i pokonawszy 300 metrów w lesie trafiła w głowę rowerzystę.[35]
- Podczas polowania w Starym Dworku w woj. lubuskim, myśliwy zastrzelił drugiego. Siedząc na ambonie wycelował w jego kierunku broń. Tłumaczył potem. że szukał go przez lunetkę celowniczą i przypadkiem strzelił.[36]

2015
- W gminie Łaszczów, woj. lubelskie, myśliwy śmiertelnie postrzelił drugiego.[37]
- W Kurznie koło Opola myśliwy śmiertelnie postrzelił się podczas polowania. [39]

2014:
- Myśliwy w Sobótce Starej w woj łódzkim wracając z polowania z odbezpieczoną bronią, potknął się i upadł. Broń wystrzeliła, zabijając przechodzącego 300 metrów dalej mężczyznę[1],[2]
- Z kolei myśliwy z Okonki prawdopodobnie przypadkowo śmiertelnie się postrzelił[3]
- Koło Mieściska w Wielkopolsce myśliwy zastrzelił drugiego. Pomylił go z dzikiem[38]
2013
- Myśliwy z Daninowa prawdopodobnie śmiertelnie postrzelił się ze sztucera. Samobójstwo?[4]
 2012
- myśliwy z Pielni zabił żonę, strzelając z wnętrza budynku gospodarczego do lisa[5]
- wójt gminy Urszulin prawdopodobnie postrzelił się w udo w ambonie i zmarł od wykrwawienia[6]
- W Wyrykach w woj. lubelskim myśliwy zastrzelił kolegę podczas polowania na dziki. Po ciemku pomylił go z dzikiem[7]
- identyczna historia zdarzyła się w Korczówce, koło Białej Podlaskiej. Myśliwy pomylił kolegę z dzikiem. Była noc, w dodatku mglista, a myśliwi nie ustalili gdzie który się znajduje[8]
- kolejny wypadek miał miejsce w Żeliznej w dzień. Na polu kukurydzy zginął właściciel pola naganiający dziki myśliwemu[9]
- właścicielka pola kukurydzy w Luszynie zastrzeliła mężczyznę biorąc go za niszczącego zbiory dzika. Jak się okazało kucał na skraju pola, sadząc w kukurydzy marihuanę, mając zapewne nadzieję że nikt jej tam nie zauważy[10]
2011
- Myśliwy w Niemczy zastrzelił żonę, myląc ją z dzikiem[11]
- Podczas polowania na bażanty w Cykarzewie, jeden myśliwy śmiertelnie postrzelił drugiego[12] Prawdopodobnie broń wystrzeliła gdy potknął się o kretowisko
- równie nieostrożni byli myśliwi z Adamowa, którzy poślizgnęli się na skarpie. Broń jednego wystrzeliła, zabijając drugiego[13]
- podczas polowania w Książęcym Lesie koło Leszna śmiertelnie postrzelono mężczyznę[14]
 2010
- Myśliwy z Sumina który zaczaił się na dziki przy polu kukurydzy zastrzelił nad ranem kobietę. Jak się okazało przyszła na pole podebrać czyjąś kukurydzę[15]
- myśliwy śmiertelnie postrzelił kolegę w Barankówku koło Dębna[16]
2009
- koło Leśniawy w gminie Puck rykoszet zabił jednego z myśliwych. W prasie tłumaczono że pocisk odbił się od dzika, ale wydaje się że raczej było to drzewo.[17]
- podczas polowania w Oleszycach myśliwy śmiertelnie postrzelił się bronią, która upadła mu na ziemię[18]
2008
- Myśliwy zastrzelił syna w Chachalni podczas nagonki[19]
2007
- W okolicach Korczowej myśliwy zastrzelił mężczyznę, myląc go z dzikiem[20]
2006
- 30-latek zginął podczas polowania pod Pobiedziskami. Inny myśliwy postrzelił go w udo[21]
- Myśliwy polujący na dziki zabił kolegę na polu kukurydzy w Datyniu [22]
2005
- 72-latek zastrzelony na polu kukurydzy koło Miechowa. Mężczyzna zrywał kolby z cudzego pola, pochrząkując. W zapadającym zmroku myśliwy wziął go za dzika[23]
- w Górze koło Wrocławia myśliwy zastrzelił mężczyznę koło pola kukurydzy[24]
2003
- pomocnik myśliwego zastrzelił go w Żabicach, myląc z dzikiem[25]
- dwaj żołnierze na polowaniu przypadkowo zastrzelili innego myśliwego koło Białej Pilskiej. Przestraszeniu ukryli ciało pod gałęziami i nie zgłosili wypadku.[26]
- w Rudzie Komorowskiej myśliwy zabił kolegę strzelając do kaczek[27]
2002
- Żołnierz zabił żołnierza podczas polowania w lesie. Słysząc szelest w krzakach strzelił nie patrząc[28]
2001
- Podczas przeładowywania broni myśliwy przypadkowo zastrzelił syna koło wsi Bity Kamień pod Białymstokiem[29]
- Podczas polowania w Szklarach myśliwy zastrzelił kolegę[30]
2000
- Holender polujący na kozła zastrzelił przewodnika górskiego w Dusznikach[31]
1999
- zaganiacz zastrzelony pod Sierakowem [32]
- myśliwy zastrzelił sąsiada w Łambinowicach. Pomylił siedzącego w trawie mężczyznę z dzikiem[33]

Ewidentnych samobójstw nie wliczałem. Nie liczyłem też zabójstw dokonanych bronią myśliwską ani postrzałów przez kłusowników ani wypadków z bronią w domu. Oczywiście możliwe że coś mi umknęło, zwłaszcza dla dawniejszych lat.

32 wypadki śmiertelne na 15 lat to średnio 2 rocznie. Dla porównania we Włoszech podczas polowań ginie rocznie 20-30 osób.
------
[1]https://www.ele24.net/wydarzenia/potknal-sie-i-zastrzelil-21-latka-mysliwy-z-policyjnym-dozorem
[2] http://wiadomosci.onet.pl/lodz/przez-przypadek-zastrzelil-21-latka-sa-zarzuty-dla-mysliwego/jx3x4
[3] http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/295854,Tragiczny-wypadek-na-polowaniu
[4]  http://www.radiomerkury.pl/informacje/pozostale/Smiertelny-wypadek-na-polowaniu.html

[5] http://slupca24.pl/?p=11209
[6] http://lublin.com.pl/artykuly/pokaz/20798/podkarpackie,mysliwy,zabil,swoja,zone,celowal,do,lisa/
[7] http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/wojt-zginal-na-polowaniu,214006.html
[8] http://www.kurierlubelski.pl/artykul/957944,mysliwy-zastrzelony-na-polowaniu-w-wyrykach-jest-akt-oskarzenia,id,t.html?cookie=1
[9] http://nasygnale.pl/kat,1025341,title,Myslal-ze-celuje-do-dzika-zabil-kolege-z-polowania,wid,15087297,wiadomosc.html
[10] http://www.miedzyrzec.info/artykuly/smierc-na-polowaniu/
[11] http://www.tvp.info/7521542/informacje/polska/zastrzelila-30latka-myslac-ze-to-dzik/
[12] http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/449514,mysliwy-zastrzelil-zone-bo-myslal-ze-to-dzik,id,t.html
[13] http://www.fakt.pl/Zginal-mysliwy-na-polowaniu-na-bazanty,artykuly,138749,1.html
[14] http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/486336,leszno-mysliwy-postrzelony-na-polowaniu-zmarl-w-szpitalu,id,t.html
[15] http://www.radiopik.pl/2,7289,jest-wyrok-dla-mysliwego-ktory-przez-pomylke-zab
[16] http://www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100112/POWIAT06/154108881
[17] http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/188692,powiat-pucki-mlody-mysliwy-trafiony-rykoszetem-na-polowaniu,id,t.html
[18] http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110210/REGION00/624607972
[19] http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/52782,mysliwy-zastrzelil-syna-na-polowaniu,id,t.html?cookie=1
[20] http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080208/PRZEMYSL/902402763
[21]  http://cms.halpress.eu/news_view.php?tpl=124&nid=4453
[22]  http://poznan.naszemiasto.pl/archiwum/tragedia-na-polowaniu-zginal-zamiast-dzika,1175130,art,t,id,tm.html
[23] http://dziennik.lowiecki.pl/forum.php?f=11&t=164267&numer=386
[24]  http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,4483150,20051005WR-DLO,Smiertelny_strzal_po_zmroku,.html
[25] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,2153866,20030726ZI-DLO,Pomylil_cel,.html
[26] http://archiwum.rp.pl/artykul/460297-Krotko.html (w pełnej wersji)
[27]  http://www.rmf24.pl/fakty/news-lubuskie-smierc-na-polowaniu,nId,108895
[28] http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20011109/WYDARZENIA/11108009
[29] http://www.rmf24.pl/fakty/news-tragiczny-wypadek-podczas-polowania,nId,107403
[30] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,1557318,20011011OP-DLO,Mysliwy_zastrzelil_kolege,.html
[31] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,941398,19991029RP-DGW,KRAJ_W_SKROCIE,.html
[32] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,135292,19931004RP-DGW,Blad_lowcy,.html
[33] http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,941398,19991029RP-DGW,KRAJ_W_SKROCIE,.html

[34]  http://www.dzienniklodzki.pl/wiadomosci/tomaszow-mazowiecki/a/tragiczny-wypadek-na-polowaniu-mysliwy-zastrzelil-mysliwego,10781284/
[35]  http://plus.gloswielkopolski.pl/wiadomosci/a/strzelal-do-sarny-zastrzelil-rowerzyste,10909041
[36] http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/stary-dworek-mysliwy-zastrzelil-kolege-na-polowaniu/dj7bwlh
[37] http://kontakt24.tvn24.pl/mysliwy-smiertelnie-postrzelony-na-polowaniu,184972.html
[38] http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/poznan/mysliwy-zginal-postrzelony-przez-swojego-kolege-pod-wagrowcem/nfqnx37
[39] http://www.tvn24.pl/wroclaw,44/postrzelil-sie-w-trakcie-polowania-nie-udalo-sie-go-uratowac,598673.html

piątek, 4 lipca 2014

Argumentum ad arabicum

Gdy Schopenhauer zestawiał w swej Erystyce najważniejsze metody argumentacji nierzeczowej, używane do przekonywania o swej racji mimo że nic do niej nie wnoszą, nie uwzględnił tam niektórych metod, jakie zaczęły zdobywać popularność w późniejszym okresie.
Uzupełnię jego spis o jeden punkt, mając nadzieję że mój wkład w historię erystyki zostanie w przyszłości doceniony - do wymienionych tam już metod, jak argumentum ad ingorantum, czy argumentum ad personam, dodaję kolejny: argumentum ad arabicum - czyli nic nie jest złe, bo w islamie mają gorzej.

Powoływanie się na przykład okropnego, żądnego krwi, zacofanego i trzymającego się podstawowych wartości moralnych Islamu w dyskusjach, przybiera dwie wydawałoby się przeciwstawne formy - jedna pochwalająca, i wyrażająca żal że u nas tak nie ma; druga natomiast stanowi argumentację "a u was biją murzynów" a'rebous i ma służyć pokazaniu, że to co u nas uznaje się za złe, nie jest jeszcze takie najgorsze, bo hen za siedmioma pustyniami dzieje się gorzej. W ostateczności argument islamski może przydać się jako straszak, na zasadzie "nic nie zmieniajcie, bo przyjdzie Islam i was zje".

Jako przykłady praktyczne tej metody argumentacji, zacytuję komentarze z Onetu i innych portali, stanowiące kwintesencję takiego stylu kłótni. A więc na początek islam-straszak:

Siemiomysł: Jak przyjdzie Islam to dopiero zobaczysz, co to znaczy religijny zamordyzm. Jak zlikwidujesz Kościół Katolicki, to przyjdzie Islam. Ludzie jakąś religie muszą mieć.

Kościoły protestanckie (w różnych postaciach) rozbijają jedność chrześcijan i są jednym z głównych powodów obecnej politycznej słaboś
ci Kościoła Katolickiego i przyczyniają się do sukcesów Islamu.
Różne ruchy protestanckie nie są żadnym przeciwnikiem dla Islamu i Islam "zje je jednym kłapnięciem"
.
Mysl_to_nie_boli:  pytanie, czy walczycie z patologiami w KK, czy chcecie po prostu wymazać z życia publicznego chrześcijaństwo. Jeśli tak, to gratuluję, dopiszcie sobie kolejny punkt do swoich postulatów:
xx. kupić dywanik, na którym wkrótce wszyscy oddamy cześć Allahowi...
nie ma próżni, wytniecie chrześcijaństwo (macie wybór), przyjdzie islam (wyborów nie będzie)
Straszenie Islamem i skutkami krytykowania obecnej sytuacji pozwala też przeforsować inne pomysły. Nie tylko bowiem bezkrytyczne  chrześcijaństwo  jest uważane za środek zapobiegający, którego podważanie musi niechybnie doprowadzić do muzułmańskiej apokalipsy. W dyskusjach na temat rozwydrzonej polskiej młodzieży, która ulegając totalitarnym ideologiom podpala imigrantom drzwi,  z nudów rysuje koślawe swastyki i powieszone gwiazdy, a w przerwach umawia się na bójki i okazjonalne wszczyna na ulicach rwetes pomachując jakimiśtam szalikami - pojawia się niekiedy szczególna argumentacja, zdająca się forsować ideę, że albo zaakceptujemy maczety na ulicach albo będziemy mieli meczety przy ulicach.

Teraz argumentacja "muzułmanie sobie z tym radzą" używana aby zarzucić oponentowi tchórzliwość i bazująca na podświadomym pochwalaniu zdecydowanych metod, które rozwiązują problem:

 Senator Stanisław Kogut: Gdyby ten pan spróbował w kraju islamskim zniszczyć Koran, przekonałby się szybko o konsekwencjach takich działań…[o instalacji artystycznej Jezusa z butelkami krwi w rękach]
Krysti_22:  Niech spróbuje tak samo postąpić z Koranem, jak postąpił z Pismem Świętym, ciekawe co na to by powiedzieli Muzułmanie [o Nergalu]
No i na koniec argumentacja " to co u nas nie jest złe, bo muslimy mają gorzej":
Ojoj straszne rzeczy, naprawdę. Wszyscy się uczepiliście Rosji jakby to był jedyny kraj w jakiś sposób przeciwny osobom homoseksualnym. Oczywiście, to okrutne, ale co mają powiedzieć KOBIETY ŻYJĄCE W KRAJACH ISLAMSKICH, na przykład. A jak już się tych osób homoseksualnych trzymać, właśnie w krajach islamskich, to jestem przekonana, że są gorzej traktowani niż ci w Rosji. Nie wspominając o innych krajach, w których prawa człowieka są łamane codziennie i nikogo to nie obchodzi, bo Rosja(...)  Zapewniam, że w krajach islamskich robią gorsze rzeczy i też to nagrywają.
 Opracowane i skatalogowane odmiany argumentum ad arabicum, udostępniam na wolnej licencji.

sobota, 5 kwietnia 2014

Jednym rośnie a innym opada

Ach, te wykresy!
Nieodzowny element każdego publicznego wystąpienia polityka, przekonującego o słuszności swych racji, naukowca prezentującego dane i pseudonaukowca prezentującego swój brak danych. W zamierzeniu mając jedynie obrazować i ułatwiać zrozumienie zebranych danych, czasem stają się celem same w sobie. Wykres niejednokrotnie staje się dowodem, tym wiarygodniejszym im lepiej wygląda.
Wiele rzeczy próbuje się udowadniać wykresami - wzrost zużycia prezerwatyw w Afryce w pewnym stopniu koreluje ze wzrostem zapadalności na HIV, stąd też próby dowodzenia, że prezerwatywy zwiększają szanse zakażenia. Tymczasem jest odwrotnie - prezerwatywy zaczęto stosować dla ochrony przed zakażeniem. Wzrost urbanizacji następuje w tym samym czasie co wzrost zapadalności na raka, ale oba trendy łączy tylko kierunek w tym samym czasie.
Jest wiele zjawisk których wielkość rośnie lub spada - wzrasta wciąż liczba osób na świecie, wzrasta liczba samochodów, produkowanych cukierków i powierzchnia działających baterii słonecznych. Spada liczba rolników używających koni do orki, użytkowników telewizorów kineskopowych. Powierzchnia przydomowych ogródków warzywnych czasem spada a czasem rośnie, w przeciw-rytmie ze wzrostem i spadkiem powierzchni trawników. Ale samo stwierdzenie, że dwa zjawisko w tym samym czasie rosną i opadają, nie potwierdza jeszcze związku między nimi. Dopiero gdy odnajdziemy jakiś związek przyczynowo-skutkowy, będziemy mogli powiedzieć - jedno zjawisko wpływa na te drugie.

 Postanowiłem zebrać kilka takich przykładów wykresów, które dobrze wyglądają ale niczego nie dowodzą:

Sprzedaż zdrowej żywości i zapadalność na autyzm:
Oba wykresy korelują ze sobą w niesamowicie zgodny sposób. Jednak sama korelacja danych to nie to samo co związek przyczynowo-skutkowy.

Internet Explorer i ilość morderstw:
Udział przeglądarki IE w domowych komputerach spada tak samo jak ilość morderstw. Podobnie jak w poprzednim przypadku korelacja to nie związek. Jest wiele rzeczy, których częstość lub liczebność spada i rośnie w tym samym czasie, ale z różnych przyczyn.

Ilość użytkowników Facebooka i obligacje Grecji:

Otyłość i ilość zadłużonych:

Import meksykańskich cytryn zmniejsza liczbę śmierci na autostradach:
Piraci hamują globalne ocieplenie:
Konsumpcja czekolady zwiększa szanse na Nobla?

Akurat o tym ostatnim przypadku piszą ostatnio na blogu Xjentifika.

wtorek, 17 września 2013

W próżnej głowie dźwięczy mrowie

Media znów się popisały. Tym razem napisano o odgłosach nagranych w kosmicznej próżni:

Amerykańska agencja kosmiczna (NASA) umieściła w internecie bardzo niezwykłe nagranie dźwięków pochodzących z kosmosu. Są to odgłosy wydawane przez przestrzeń międzygwiazdową. Nagranie przesłał na Ziemię próbnik międzyplanetarny Voyager 1, który jako pierwszy stworzony przez człowieka obiekt opuścił Układ Słoneczny.

Poniższe nagranie powstało z dźwięków odebranych przez instrumenty Voyagera 1 w okresach od października do listopada 2012 r. oraz od kwietnia do maja 2013 r. Naukowcy jako datę opuszczenia przez sondę Układu Słonecznego podają dzień 27 lipca 2012 r. Oznacza to, że nagrane dźwięki są pierwszymi, które udało się nam zarejestrować za pomocą urządzenia znajdującego się poza granicą naszego systemu planetarnego.
 Na filmie pokazano wykres, z którego można wyczytać częstotliwość odbieranych fal. Kolorami natomiast oznaczono natężenie dźwięków (czerwone są najmocniejsze, a niebieskie najsłabsze). [1]
Cóż, zobaczny nagranie:
Brzmi interesująco. Dlaczego jednak artykuł jest bzdurą?

Dźwięk jest mechaniczną falą podłużną rozchodzącą się wewnątrz ośrodka materialnego. Takim ośrodkiem jest zazwyczaj powietrze. Drgająca struna przenosi swą wibrację na powietrze, uderzając o warstewkę tuż przy niej i sprężając ją. Cząsteczki tej warstwy uderzają w warstwę powietrza tuż obok i przekazują jej energię, podobnie jak kulki w znanej zabawce. Ta warstwa powietrza uderza w następną, tamta w kolejną itp tworząc przemieszczającą się falę zmiany ciśnienia. Tymczasem drgająca struna wciąż drga, ponownie, po czasie zależnym od częstotliwości drgań, popychając warstewkę powietrza. Struna drgająca 30 razy w ciągu sekundy, stworzy fale docierające do ucha 30 razy w ciągu sekundy - usłyszymy wtedy dźwięk o częstotliwości 30 Hz czyli bardzo niskie, basowe buczenie.
 Na podobnej zasadzie dźwięk rozchodzi się w wodzie i ciałach stałych. (pouczające może być tu doświadczenie w którym kolega odległy o 50 metrów upuszcza stalowy pręt na szynę, przy której siedzimy, opierając na niej łokieć ręki z palcem wsadzonym do jednego ucha. Dźwięk rozchodzący się przez szynę i naszą rękę słyszymy niemal natychmiast, zaś ten rozchodzący się powietrzem do drugiego ucha po chwili).

A w próżni? Cóż, tam nie ma żadnych cząsteczek które mogłyby przekazać falę. To znaczy może są, w ilości 2-3 cząsteczek na centymetr sześcienny przestrzeni, ale to zbyt mało aby pozwolić na rozchodzenie się dźwięków. W próżni nic nie da się usłyszeć, w związku z czym nie da się usłyszeć tam dźwięków. Artykuł Zakrywców jest zatem bzdurą. Skąd wobec tego dźwięki z nagrania?
Dane użyte w nagraniu pochodzą z przyrządu do badania fal plazmowych. Plazma to naładowane cząsteczki, a więc jony i wolne elektrony. Ich znacznie rozproszenie w próżni powoduje, że nie rekombinują ze sobą tak szybko (nie łączą się w obojętne atomy) i mogą pozostawać w takim stanie dosyć długo. Cząstki naładowane, zgodnie z prawami elektrostatyki, ulegają ruchowi w polu magnetycznym. Efektem takich ruchów jest choćby zorza polarna - rozproszona plazma z wiatru słonecznego wpada w ziemskie pole magnetyczne, zaś jony ulegają odchyleniu; poruszając się wzdłuż linii ziemskiego pola wpadają w atmosferę na wysokości biegunów, tworząc zorze.

Bardzo podobna sytuacja zachodzi gdy cząstki silnie rozproszonej plazmy międzygwiezdnej, wpadają w pole magnetyczne Słońca. Na granicy z polem powstaje lokalne zagęszczenie plazmy, zaś jej cząstki zostają odchylone. Właśnie w tym miejscu znalazł się Voyager.
Jego przyrząd badał drgania cząstek plazmy a konkretnie elektronów, wywołane zmianami zagęszczenia. Wprawdzie jest ich tam bardzo mało - rzędu jednego elektronu na centymetr sześcienny - ale pędzą na tyle szybko że w każdej sekundzie do instrumentu wpada ich dosyć dużo, przy czym zmienne natężenie pól magnetycznych, słonecznego i kosmicznego - powoduje że plazma dociera do detektorów falami. Można te fale przedstawić jako dźwięki, konwertując dane o częstości na częstotliwość dźwięku. Nagranie powstało właśnie w ten sposób.
Wykres pokazuje z jaką amplitudą (kolory) i jaką częstotliwością (oś pionowa) fale plazmy docierały do detektora. Mamy tu dwa zgrupowania sygnałów, o coraz większej częstotliwości. Większa częstość fal plazmy przelicza się na wzrost ogólnego zagęszczenia docierających cząstek. Zauważmy jednak, że wedle wykresu jest to zmiana z 0,05 na 0,1 cząstki na centymetr sześcienny. To wciąż jest próżnia. Gdy Voyager pokazał że opuścił obszar małej gęstości (heliosfera) i zmiennej (heliopauza) a dostał się w obszar nieco większej i stałej gęstości, można było uznać że opuścił heliosferę a tym samym też Układ Słoneczny.

Nagranie to nie są zatem dźwięki, lecz pewne drgania które na dźwięki przekonwertowano. W podobny sposób na dźwięki można przerobić dowolny sygnał radiowy, co już zresztą było źródłem podobnych newsów. Gdy w 2001 roku sonda Voyager przelatywała obok Jowisza, zarejestrowała sygnały radiowe wysyłane przez zorze polarne tej planety. Po przekonwertowaniu na dźwięki powstało nagranie, opisywane jako "Tajemnicze odgłosy z Jowisza", możecie posłuchać tutaj.
Znam też zabawny program, zamieniający na dźwięk sygnały rejestrowane techniką MNR, czyli magnetycznego rezonansu związków chemicznych. "Odgłosy" cząsteczek brzmią jak dzwony. Kiedyś słyszałem nagranie w którym dźwiękiem oddano zmiany funkcji falowej orbitala atomu wzbudzonego. Jacob Kierkegaard nagrał całą płytę w której dźwiękiem oddał zmiany radioaktywności rejestrowane przez czujniki elektrowni atomowej. Wszystko można przedstawić jako dźwięk. Ale nie wszystko jest dźwiękiem...

niedziela, 9 września 2012

Bat na pismaków

Jak zwykle gdy w świecie dzieje się coś ciekawego, media przekręcają fakty jak się tylko da, aby je sprzedać. Coś takiego obserwujemy teraz, na przykładzie artykułu o zmianach na słońcu. Na początek niepokojący tytuł "Słoneczny bat oderwał się od Słońca. Co grozi ziemi?" sugerujący że coś grozi. Następnie artykuł sformułowany w bardzo pokrętny sposób:

NASA zaprezentowała nagranie wideo, na którym widać długi na około 800 tysięcy kilometrów "słoneczny bat", który oderwał się od powierzchni Słońca. Powstałe w ten sposób promieniowanie dotarło na Ziemię, wywołując umiarkowaną burzę magnetyczną w Ameryce Północnej.
Zdjęcia zostały wykonane przez sondę Obserwatorium Dynamiki Słonecznej NASA. "Słoneczny bat" ma kształt łuku. - Pod koniec nagrania widać jak ta "nić" częściowo oderwała się, ale jej długość i kształt nie uległy zmianie – podkreślili naukowcy z NASA. Mocno zakotwiczone w Słońcu "promienie" utworzyły swojego rodzaju "koronę"; teoretycznie, może ona utrzymywać się nawet przez kilka miesięcy.

- Jeśli chodzi o gwałtowne zjawiska związane z aktywnością słoneczną, to ponad wszelką wątpliwość wiemy, że wielokrotnie zdarzały się one od stuleci i wzrost aktywności notowany obecnie nie jest raczej niczym niezwykłym - uspokaja doktor Wojciech Borczyk z Instytutu Obserwatorium Astronomicznego UAM.
  Burze magnetyczne, tak jak ta ostatnia w Ameryce Północnej, to rezultat burz słonecznych. Zaburzenia są wywoływane przez koronalne wyrzuty masy ze Słońca, gdy chmury plazmy trafiają do przestrzeni kosmicznej. Do zjawiska burz słonecznych dochodzi w wyniku interakcji zwiększonego strumienia naładowanych cząstek wiatru słonecznego z magnetosferą ziemską – tłumaczy dr Borczyk. Dociera on do Ziemi przeważnie kilkadziesiąt godzin po rozbłysku.
Burza magnetyczna może doprowadzić do zakłóceń w infrastrukturze komunikacyjnej na Ziemi, a także do zerwania łączności z satelitami. Dr Borczyk wyjaśnia, że sam strumień cząstek nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla organizmów żywych na powierzchni Ziemi, bo jest dość skutecznie zatrzymywany przez magnetosferę i atmosferę ziemską. Szybkie zmiany natężenia pola magnetycznego mogą jednak powodować np. indukowanie prądu elektrycznego w naziemnych liniach przesyłowych (energetycznych, telefonicznych) i wpływać szkodliwie na działanie urządzeń elektronicznych; zmiany w parametrach jonosfery mają też wpływ na łączność radiową. Innym "skutkiem ubocznym" burz magnetycznych jest zwiększenie zasięgu i intensywności występowania zórz polarnych.
Dr Borczyk zwraca także uwagę, że wysokoenergetyczne cząstki wiatru słonecznego mogą stanowić bezpośrednie zagrożenie zdrowia, a nawet życia przebywających w kosmosie (i pozbawionych ochrony atmosfery) astronautów, oraz szkodliwie wpływać na funkcjonowanie elektroniki na pokładach sztucznych satelitów Ziemi.
Czy możemy przygotować się na wystąpienie burz słonecznych? - Jeśli chodzi o sposoby zabezpieczenia się przed skutkami wzmożonej aktywności słonecznej, to zbyt wiele zrobić niestety nie możemy, bo raczej trudno sobie wyobrazić np. "profilaktyczne" odłączenie całego kraju od prądu na kilka godzin – zauważa naukowiec z UAM. Jak dodaje, przewidywanie tzw. "pogody słonecznej" jest jeszcze trudniejsze, niż przewidywanie pogody na powierzchni Ziemi, bo"zjawiska te mają charakter losowy"

Zasadniczo artykuł informuje o jakiejś burzy słonecznej i o zagrożeniach jakie może ona nieść. Natomiast to że strumień wiatru słonecznego z efektownego wyrzutu dotarł na ziemię 5 września, a więc już jesteśmy po fakcie, zostało słabo podkreślone. Wystarczy przeoczyć uspokajające zdanie a w głowie pozostanie informacja, że słońce wyrzuciło "bat" w kierunku ziemi, który niesie zagrożenie. I tak się ludziom w głowach miesza. A o co właściwie chodziło?

Aktywność słońca jest wynikiem splotu prostych zjawisk elektrycznych i magnetycznych. Wszystko zaczyna się od procesów zachodzących w jądrze - tam pod wpływem ekstremalnie wysokiej temperatury i ciśnienia, atomy wodoru zbliżają się do siebie na tyle mocno, aby doszło do fuzji ich jąder. Po sklejeniu się czterech jąder wodoru, i zamianie dwóch z nich na neutrony, otrzymujemy jądro helu. Jednak masa takiego jądra wskutek tworzenia się powiązań między nukleonami, jest nieco mniejsza niż masa czterech jąder wodoru. Zgodnie ze sławnym wzorem Einsteina, ubytek masy jest zamianą jej części na energię. W przypadku tej reakcji ilość tej energii jest ogromna, i wynosi 26,7 MeV na każde cztery łączone protony. To dużo? Przeliczmy:
Jeden mega elektronowolt, to 1,602 × 10-19  dżuli, załóżmy jednak, że przereaguje ze sobą 4 mole atomów wodoru, czyli niespełna 4 gramy. Mol to 6,02 × 1023 atomów (liczba z 23 zerami), a więc przemnóżmy : 26,7 X 1,602 × 10-19 X 6,02 × 1023 dżuli = 2,57 X 106 dżuli. Całkowite spalenie czystego kilograma węgla daje nam 33,2 MJ czyli 3,32 X 107 J. Zatem z 4 gramów wodoru otrzymujemy tyle energii co z 0,77 kg węgla, zaś z kilograma wodoru otrzymalibyśmy tyle energii co z 1,9 tony węgla. Zatem jest to duża energia.

Wytwarzanie tej energii następuje w stosunkowo niedużej sferze wewnątrz słońca, teraz więc musi się ona wydostać na zewnątrz, poprzez zagęszczony gaz stanowiący resztę masy gwiazdy, co odbywa się poprzez konwekcję - rozgrzany gaz formuje się w strumienie, wypływające nad chłodniejsze masy, warstwa po warstwie. Może to być zaskakujące, ale gęstość materii wewnątrz słońca i konieczność głównie konwekcyjnego transportu energii sprawia, że światło powstające w jądrze dociera do powierzchni dopiero po kilkunastu tysiącach lat. Materia wewnątrz słońca jest nie tylko rozgrzana ale też w dużym stopniu zjonizowana, składając się z obdartych z elektronów jąder atomowych, wolnych elektronów, protonów, neutronów - w sumie więc jest to bardziej plazma. W tych ekstremalnych warunkach mogą pojawiać się tam takie jony, jak kation żelaza siedemnastokrotnie zjonizowanego.
Zgodnie z klasycznymi prawami fizyki, poruszająca się cząstka naładowana generuje pole magnetyczne, toteż wznoszenie się wielu strumieni naładowanej plazmy, często skręcającej się w pionowe wiry, prowadzi do wytworzenia pola magnetycznego słońca. Jedne strumienie wznoszą się, inne opadają, jedne kręcą się w prawo, inne w lewo, mamy zatem jak gdyby wiele magnesów o różnie ustawionym polu. Wypadkową tych różnych pol jest pole o określonej biegunowości, tak jak na ziemi. Teraz zaczynają zachodzić zjawiska odwrotne - jeśli ruch ładunku wywołuje postanie pola, to pole może wywoływać ruch ładunku.
Fizyka traktuje gazy jako bardzo rzadkie ciecze, a tym przypadku do naszej plazmy mają zastosowanie te same prawa, które dotyczą zjawisk zachodzących w przewodzącej cieczy umieszczonej w polu elektrycznym lub magnetycznym, opisywane przez magnetohydrodynamikę. Przewodząca ciecz - na przykład plazma, może poruszać się pod wpływem pola magnetycznego, zarazem jednak pole może zmieniać swój kształt pod wpływem ruchu plazmy będąc "wmrożonym".
Słońce obraca się wokół swej osi z prędkością średnio 1 obrót na 33 dni, jednak tak jak to jest w przypadku gazowych olbrzymów jego zewnętrzne warstwy nie poruszają się równomiernie. Atmosfera Jowisza składa się z wyraźnych pasów o rożnej prędkości ruchu, analogicznie zresztą jest na Ziemi - na równiku nieustannie wieją pasaty, osiągające w stratosferze wielkie prędkości. W przypadku Słońca przyrównikowe strumienie w otoczce wykonują pełny obieg w ciągu 25 a przy biegunach w ciągu 36 dni. Jeśli więc linie pola magnetycznego "wmrożone" w plazmę poruszają się wraz z nią, ta zaś porusza się z różnymi prędkościami, to w efekcie musi zachodzić ich bardzo silna deformacja. Zostają dosłownie nawinięte na słońce jak na szpulkę:

Strumienie plazmowo-magnetyczne zostają mocno napięte i powstają na nich pętelki. Gdy część pętli wydostanie się nad powierzchnię słońca, wraz z polem porwana zostaje plazma tworząc łuk protoplazmatyczny, sięgający nieraz setek kilometrów nad powierzchnię. To wynoszenie pętli przybiera nieraz dosyć gwałtowną postać. Ponieważ w wyniku pewnych efektów magnetycznych gęstość a więc i temperatura plazmy w strumieniu jest niższa niż temperatura powierzchni słońca, miejsca gdzie pętla przebija powierzchnię są ciemne - nazywamy je plamami słonecznymi. Zarazem natężenie pola słabnie wraz z oddaleniem się od powierzchni Słońca, w efekcie plazma, przyspieszona do dużej prędkości, może zostać nagle "puszczona wolno" ulatując w przestrzeń jako fala naładowanych, bardzo prędkich cząsteczek.

Równocześnie pole magnetyczne próbuje powrócić do stanu pierwotnego, wywołując coraz częstsze zaburzenia, coraz większą ilość plam i wyrzutów materii, doprowadzając wreszcie do stanu biegunowości odwrotnej, wynikłej z przesunięcia części strumieni plazmy, i odwrócenia pola wypadkowego. Przebiegunowanie słońca powtarza się co 11 lat nie wywołując zmiany kierunku obrotu - co zadaje kłam tezom, że tak się koniecznie musi dziać przy zmianie kierunku pola.

Co zaś nastąpiło na słońcu ostatnio? Słońce wyrzuciło wyjątkowo efektowną pretuberancję, która bardzo powoli rozrzedzała się, zachowując w przestrzeni łukowaty kształt. Miało to miejsce 13 sierpnia.
Tymczasem media zastanawiały się jak to sprzedać. Najpierw informacja pojawiała się w działach ciekawostek, jednak ostatnio redaktorzy poczytali o niebezpiecznych skutkach burz słonecznych i uznali ze można dać to jeszcze raz, tym razem w alarmistycznym tonie, starając się nie uwydatniać informacji, że ta groźna burza w związku z opisywanym wyrzutem już nie zajdzie, bo skończyło się na zorzach polarnych kilka dni temu (w Polsce nie widoczne).

Kwestia słońca i zjawisk z nim związanych jest zresztą bardzo często przekręcana w sensacyjno-apokaliptycznym tonie. Na przykład sprawa z zeszłego tygodnia - "pęknięcie na słońcu" mające świadczyć o niestabilności. W rzeczywistości jest to łuk plazmy (filament) zawieszony nad powierzchnią przez pole magnetyczne. Ponieważ łuk jest chłodniejszy niż powierzchnia pod nim, jest też ciemniejszy i z zastosowaniem odpowiednich filtrów dawało się go zobaczyć. Niewykluczone że część z tego łuku oderwała się pod postacią wyżej opisanego "słonecznego bicza".

Parę miesięcy temu o czymś szczególnym miał świadczyć wał zagęszczonej korony zajmujący pół słońca. Z przejrzenia starych zdjęć wynika, że o to nie jest niczym nadzwyczajnym. Niedawno pojawiło się jeszcze coś.

Niejaki Nassim Haramein, zajmujący się ezoteryką, ufologią i pseudonauką spod znaku Świętej Geometrii. Jego działalność ogranicza się do filmów wrzucanych na Youtube i artykułów, często podaje się za fizyka, ale podstawy dla tych twierdzeń wydają się wątpliwe. Niedawno ogłosił, że podczas wyprawy archeologicznej w Ameryce Południowej odkryto artefakty dowodzące kontaktów z UFO w starożytności. Kilka ceramicznych plakietek ma przedstawiać statki kosmiczne, pilotów w skafandrach kosmicznych i "Gwiezdne Wrota" przez które UFO przybywa z innego wymiaru. Wrota te mają mieć kształt trójkąta i znajdować się na słońcu. Byłby to tylko taki sobie ładny mit, ale kilka miesięcy temu na słońcu pojawił się twór mający jak mówi Nassim, trójkątny kształt.

Taki wygląd struktury ma być unikatowy  dowodzić prawdziwości jego tezy oraz wskazywać że kosmici już przygotowują się do tego aby nas odwiedzić w grudniu (a potem jebudu!).
Te struktury to dziury koronalne. Nie są one właściwie dziurami a tylko regionami w których korona słoneczna jest bardziej rozrzedzona a linie pola magnetycznego mają postać prostą. Powstają na obszarach pomiędzy pętlami łukowatych pól, toteż zależnie od układu plam mogą mieć najrozmaitsze kształty. Na przykład kiedyś ułożyły się w kształt kogucika:
Innym razem była z grubsza prostokątna:
dziesięć lat temu przypominała półwysep apeniński:
albo króliczka:
a nawet twarz Che Guevary ze słynnego wizerunku:
Skoro zaś różnorodność kształtów jest taka duża, to trójkąt też jest możliwy, a jego pojawienie się niczego nie dowodzi.




poniedziałek, 30 lipca 2012

Woda z topniejących lodowców spływa do mózgów...

Jednym z ostatnich "naukowych" newsów jest wiadomość, że coś nie dobrego stało się w lodowcami na Grenlandii - natomiast co do tego co konkretnie, to całkiem niewinna informacja zdążyła w ciągu jednego dnia przejść ciekawą ewolucję. O ile nad ranem Odkrywcy informowali jeszcze że:
Niespotykany proces topnienia pokrywy lodowej na Grenlandii zarejestrowały w ciągu kilku dni lipca satelity NASA. Lód na praktycznie całej wyspie w niezwykle dużym stopniu uległ topnieniu – podała na swojej stronie amerykańska agencja kosmiczna. Takie zjawisko jest bardzo rzadko spotykane. Co mogło je wywołać?

W lecie średnio około połowy powierzchni lądolodu topnieje w sposób naturalny. Jednak tegoroczny poziom topnienia lodu drastycznie się zwiększył. Zgodnie z danymi satelitarnymi około 97 proc. powierzchni pokrywy lodowej w połowie lipca uległo powierzchniowemu topnieniu. Badacze nie wiedzą jeszcze, czy to zjawisko wpłynie na końcową letnią utratę lodu i czy podniesie się w związku z tym poziom mórz.

O tyle teraz Onet.pl pisze:
Niemal cała pokrywa lodowa Grenlandii stopniała. NASA była tak zaszokowana tym widokiem, że myśleli, że popełnili błąd. Pokrywa lodowa Grenlandii co roku trochę topnieje, ale w tym roku stopniała prawie zupełnie i było to zupełnie zaskakujące.
Można z tego tekstu zrozumieć, że gruba na ponad trzy kilometry pokrywa lodowa Grenlandii, stopniała całkowicie w kilka dni, co jest oczywistą bzdurą. W czym natomiast rzecz?

Lodowiec, zasadniczo jest wielką kupą śniegu, który tak się swoją masą sprasował, że przeobraził się w lód i zaczął spływać w dół od miejsca w którym się akumulował. Lód bowiem, choć wydaje się bardzo twardy, zmienia swe właściwości pod wpływem bardzo wysokich ciśnień, ulegając "płynięciu" i zachowując się troszeczkę jak bryła miękkiego metalu. Poddany naciskowi powoli ale jednak odkształci się. W podobny sposób zachowuje się sól kamienna - sprasowana przez kilometry skał zostaje wyciśnięta w górę w miejscu osłabienia lub tektonicznej nieciągłości warstw, tworząc "buławę" nazywaną wysadem, sięgającą nieraz bardzo płytko. Wysad w Wapnie zaczynał się tylko 50 metrów pod powierzchnią.
Jeśli więc w miejscu gdzie gromadzi się śnieg, zwykle górskiej kotlinie, utworzy się go odpowiednio gruba warstwa, zmiękczone warstwy spodnie zostaną wypchnięte gdzie tylko mogą, na przykład do leżącej poniżej doliny. Z wyciśniętego lodu tworzy się jęzor, płynący przez dolinę dzięki popychaniu przez kolejne partie akumulowanego materiału, oraz dzięki lekkiemu nadtapianiu w spodnich warstwach, co tworzy wodno-błotny smar.
Jeśli chodzi o akumulację i topnienie, to lodowiec można podzielić na dwa obszary - pola firnowe i obszary ablacji. Na tych pierwszych spada więcej śniegu niż topnieje go w okresie ciepłym. To tu przyrasta ilość lodu i stąd ruszają lodowce. Drugi, leżący niżej obszar, to ten gdzie więcej lodu topnieje co roku niż spada. Granica miedzy tymi obszarami, wyznaczającą wysokość powyżej której spadły śnieg będzie się utrzymywał, to granicy wiecznego śniegu, której przebieg zależy od warunków lokalnych, szerokości geograficznej i ilości opadów. To chyba zrozumiałe.

W przypadku Grenlandii wysokość granicy wiecznego śniegu wynosi około 1000-500 metrów nad morze, ponieważ zaś większość lądolodu leży powyżej tej wysokości, to i większość jego powierzchni stanowią pola firnowe. W normalnej zatem sytuacji lodowce topnieją silnie na obrzeżach, na części pól firnowych topnieją słabo, na tyle mało, że nie przekraczają ilości spadłej podczas zimy, a na części powierzchni, w głębi kontynentu, śnieg praktycznie nie topnieje, najwyżej staje się wilgotny i po nocnym przemrożeniu zbija się w twardy firn, od którego obszary te wzięły nazwę.
Wiedząc to wszystko, łatwo możemy zinterpretować doniesienia - dotychczas obszar objęty topnieniem obejmował tylko 40% powierzchni Grenlandii, jednak masa bardzo ciepłego powietrza, jaka przez kilka dni oddziaływała na tamte tereny spowodowała, że na większości powierzchni stało się wykrywalne powierzchniowe topnienie. Stan ten minął a i tak dotyczył tylko cienkich warstw zewnętrznych. Nie ma mowy o "całkowitym stopieniu pokrywy lodowej" jak to idiotycznie piszą media.
Tak wyglądałaby Grenlandia bez lodowców

Odniosę się też może do ostatnich anomalii pogodowych w naszym kraju, o których piszą u nas media. Co jest przyczyną, że pojawiają się obecnie zjawiska, jakich nigdy nie było? Krótka pamięć. Cały ten blog dowodzi, że tego typu zjawiska nie są u nas żadną nowością, może jedynie dawniej nie było telewizji na okrągło zalewającej nas tymi samymi, wciąż powtarzanymi zdjęciami, filmami i komentarzami, co współcześnie sprzyja rozwijaniu atmosfery zagrożenia. Tak więc nie przejmujcie się za bardzo co tam piszą w gazetach - czasem piszą nie zbyt mądrze.